Zakochani hanys i radomszczanka - Nowiny Zabrzańskie

TA STRONA UŻYWA COOKIE. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Akceptuj pliki Cookies
Więcej informacji

Zakochani hanys i radomszczanka

Kto był komu pisany, on jej, ona jemu, czy obydwoje sobie nawzajem? Nieważne. Ważne, że uczucie Iwony Mazurkiewicz i Gerarda Makosza, uczestników telewizyjnego programu „Sanatorium miłości” to romantyczna historia, w której Zabrze ma swoje miejsce. Dla radomszczanki, związek z górnikiem, o twardym charakterze stał się okazją, choć pewnie najmniej istotną, do odkrywania na nowo ulicy Wolności, 3 Maja, placu Teatralnego. Kiedyś codziennie tędy chodziła w drodze do pracy, domu, po zakupy.

- Mieszkałam tu 2 lata. Przenieśliśmy się z mężem z Radomska. W Zabrzu urodzili się moi dwaj synowie. Pracowałam w przychodni Huty Zabrze. Mieliśmy zakładowe mieszkanie, w starej kamienicy. Było w nim dużo przestrzeni. Przy kaflowym piecu stała kanapa z mnóstwem jaśków. Naszymi wnętrzami zachwycała się lekarka, która odwiedzała syna. Do Radomska wróciliśmy z powodu rodzinnego interesu. W Zabrzu mieszka też moja kuzyna. Po prawie 40 latach nie miałam kłopotu z rozpoznaniem głównych ulic. Poza nowymi sklepami, niewiele się zmieniło. Pamiętam kąpielisko, w osiedlu Janek. Jeździłam do niego tramwajem i uważałam za bardzo atrakcyjne miejsce. Dla mnie właśnie tam zaczynała się zielona strefa miasta, a ja kocham przyrodę. Jedną z moich pasji jest ogród – opowiada Iwona Mazurkiewicz.

Gerard Makosz ma z kolei powody, by lubić Radomsko. Hansys z Zabrza, w niespełna 50 – tysięcznym miasteczku w województwie łódzkim doświadcza miłych reakcji: zaproszenia na kawę od nieznanych osób, które później przekształca się w ucztę lub chwytającej za serce prośby o pomoc w odnalezieniu dawnej miłości. Z tą drugą było tak: – Podszedł do mnie mężczyzna, przywitał się. Powiedział, że już wcześniej mijał mnie na ulicy, ale nie miał odwagi zaczepić. Za drugim razem nie zdezerterował. Powiedział, że szuka zabrzanki, Barbary Poppe. Tak nazywała się kilkadziesiąt lat temu, gdy byli parą, a on radomszczanin odbywał służbę wojskową w jednostce przy ulicy Roosevelta. Jego dziewczyna mieszkała wtedy przy ulicy Poznańskiej. Rozstali się nagle, przez nieporozumienie. On musiał wrócić pilnie do mundurowych obowiązków, ona o tym nie widziała. Może czytelnicy Nowin Zabrzańskich mu pomogą?

Zabrze od Radomska dzieli 130 km. To niedużo, przynajmniej dla zakochanych. A Iwona i Gerard nimi są. Teraz żyją na dwa miasta – część czasu spędzają w willi w Kończycach, część w parterowym domu, otoczonym pięknym ogrodem, na obrzeżach Radomska. – Iwona myśli, że nie wiem o jej nieustającej próbie przeciągnięcia mnie na własne terytorium. Na razie jednak w moim domu wprowadziła własne porządki – przedmioty w kuchni poukładane są według jej potrzeb, a rzeczy w szafach pedantycznie, według rozmiarów i kolorów. – Mam nadzieję, że widać tu kobiecą rękę. Uwielbiam ład i porządek. I panowanie nad chwilą, by każda była tak piękna, jak tylko to możliwe. Ta hortensja w wazonie jest tu właśnie dlatego. Ale najważniejsze jest że, wreszcie mam to, czego brakowało mi wiele lat: słowo „dziękuję”, wypowiadane przez kochaną osobę. Sprzątam, gotuję, piekę, a gdy z rozpędu łapię się za ciężką, fizyczną pracę, słyszę męski głos, który mi jej zakazuje. O tym właśnie marzyłam!

Iwona i Gerard żyją wspólnie według renesansowej zasady Carpe diem. Łapią chwile. I kolekcjonują je. Na przykład te z podróży do Warszawy. – Jechaliśmy pociągiem, rozmawialiśmy. Chłopak, który siedział na przeciw w końcu nie wytrzymał i zapytał, czym się zajmujemy. Gdy opowiedział o sobie, okazało się, że mamy fanatycznego rozmówcę: 18 – latka znającego konsekwencje globalizacji, władającego trzema językami. Dla nas jego zainteresowanie było komplementem: zaintrygowaliśmy młodego, świetnie wykształconego człowieka. W drodze powrotnej ze stolicy zajęliśmy stolik w wagonie restauracyjnym, obok młodej kobiety i jeszcze młodszego mężczyzny. Chłopak wiózł gitarę, a gdy przyszedł konduktor, z jej powodu, nie mógł sięgnąć po bilet. Długo nie chciał nikomu powierzyć instrumentu. Obawiał się, że go uszkodzimy. W końcu oddał go mnie, bo jestem niska; nie ryzykował, że gryf zahaczy o górną półkę. Gdy zamieszanie minęło, Gerard zapytał, czy mógłby zagrać dla nas koncertu. Inni pasażerowie się zgodzili, zrobiła się fantastyczna atmosfera, bym bardziej, że wśród słuchaczy znalazł się nasz znajomy, zainteresowany globalizacją.

Carpe diem, w wydaniu Iwony i Gerarda to również swoboda w mówieniu o seksie, choć oczywiście nie tylko o rozmowę chodzi. W drodze z Warszawy to właśnie seks był tematem konwersacji z młodą kobietą, nauczycielką języka angielskiego. – Podobała mi się jej otwartość. Z Iwoną postępujemy podobnie. Dlaczego mamy się krępować? Jesteśmy dorosłymi ludźmi! – mówi Gerard. – Uwielbiam czułość, dotyk. To również był powód, dla którego chciałam zerwać z samotnym życiem – dodaje Iwona.

Ale za otwartą rozmowę o seksie, a nawet deklarację, że „wciąż można” płaci się cenę niepochlebnych komentarzy. – Wielu podejrzewa nas o rozpustę. Nic na to nie poradzimy. Czasami słyszymy rady: „za różaniec byście się złapali”. I robimy to, pewnie ku zdziwieniu wielu. Nie dlatego, że ktoś nam tak zalecił, ale dlatego, że czujemy potrzebę modlitwy. Jestem bardzo wierzący. Od babci dostałem różaniec, który stale mi towarzyszy. Jestem przekonany, że dzięki opiece Matki Boskiej wyszedłem obronną ręką z kryzysowych sytuacji. Podobnie było w przypadku mojej żony i córki. Uczestniczyły w poważanym wypadku drogowym, na szczęście nic im się nie stało. Wtedy, gdy zostały ocalone, w ogrodzie postawiłem figurę Matki Boskiej Fatimskiej. Teraz modlimy się tu z Iwoną – mówi Gerard.

Zakochani nie czytają już wszystkich wpisów na swój temat, a złe języki nie ranią ich już tak bardzo jak na początku popularności. – Zacznie więcej jest pozytywnych reakcji. Kiedyś robiłem zakupy i usłyszałem telefoniczną rozmowę: „Ja, to on. Widza go. Zapytom. Pan jest rychtik Ślonzok?” – Odpowiedziałem, że tak, bo choć urodziłem się w Niepołomicach, to rodziny taty i mamy były stąd. Poza tym długo pracowałem w kopalni, byłem m.in. ratownikiem górniczym – opowiada Gerard.

Długoletnia praca w kopalni, choć w biografii gwiazdy „Sanatorium miłości” może być atutem dla Ślązaków trochę przeszkadza w życiu uczuciowym. – Gdy Iwonka mnie woła, zdarza mi się odpowiedzieć: czego chcesz?, a ona wolałaby „o co chodzi kochanie?”. To moje zawodowe przyzwyczajenie. Pod ziemią komunikaty były krótkie, dosadne. Gdy komuś wisiał kamień nad głową, trzeba było szybko reagować.

Decydując się na wspólne życie, Iwona i Gerard zrobili krok, na który wielu młodych ludzi nie ma odwagi. – Mieliśmy dość pustych domów – samotnych poranków i wieczorów. Nie narzekałam nigdy na brak towarzystwa, przyjaciół, ale bycie we dwoje to zupełnie inna, lepsza sprawa – mówi Iwona. – Gdybym w „Sanatorium” nie spotkał Iwony, pewnie nadal szukałbym partnerki – dodaje Gerard.

W programie jasne było tylko, że zabrzanin – jego najstarszy uczestnik i radomszczanka, najmłodsza w 12 – osobowej grupie mają się ku sobie. Gerard wyróżniał się strojem (szalik zawiązany à la Nawałka), kulturą osobistą i poczuciem humoru, Iwona niesamowitą energią. – Kilka tygodni, pod okiem kamery dały nam szansę na przeżycie cudownej przygody. Cieszyliśmy i śmialiśmy się jak dzieci z atrakcji i niespodzianek przygotowanych przez producentów. Ale było też trudno. Konieczność ciągłej improwizacji, obawa przed tym, by nie wypaść źle rodziły napięcia. Takie okoliczności nie sprzyjają uczuciu. Mimo tego, od początku, podświadomie lgnęliśmy do siebie. Gerard już podczas pierwszego spotkania wpadł mi w oko, choć dopiero po zakończeniu programu przekonałam się, że jest mężczyzną dla mnie. Przyjechałam do niego na kawę, a wyjechałam następnego dnia po śniadaniu. Od tego czasu, powoli, ale systematycznie przekonywaliśmy się, że razem jest nam dobrze. W końcu zdecydowaliśmy, że nie chcemy widywać się od czasu do czasu – opowiada Iwona.

Na razie zakochani z „Sanatorium miłości” nie czują potrzeby zalegalizowania związku. – No chyba, że Iwonka mi się oświadczy – żartuje Gerard. Zamiast tego cieszą się, że ludziom, w wieku senioralnym dali nadzieję na dobre, ekscytujące życie. Niekoniecznie we dwoje. – Naszym przykładem udowadniamy, że emeryt to Nieemeryt. Tak nazywa się strona, którą prowadzimy na portalu społecznościowym. Promujemy tam zdrowy styl życia, aktywność fizyczną. Jakąkolwiek. W myśl zasady: „ćwiczyć każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej, ale nie o to chodzi, jak co komu wychodzi”

Iwonie i Gerardowi wyszło za to to, co w ocenie wielu nie powinno: związek mimo dużej różnicy wieku i trudnych doświadczeń życiowych. – Obydwoje mamy traumatyczne przeżycia. Mój pierwszy syn zmarł, drugiego wyrwałam śmierci, przez wiele miesięcy nie mogłam się pozbierać po śmierci drugiego męża. Ale podniosłam się. Co nas nie zabija, wzmacnia nas. Przynajmniej mnie. Uważam, że nie mam prawa egoistycznie zadręczać innych własnym nieszczęściem, mimo że ból po stracie ukochanych osób nigdy nie mija. Wolę dzielić się z ludźmi pozytywną energią. Dzięki Gerardowi mam jej więcej. Trwamy w stanie, który zdarza się głównie młodym – uskrzydlającego zakochania. Tak jest, bo wiemy, że wiek to stan ducha, a nie metrykalne wskazanie – mówi Iwona.

 


Wstecz

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz



Current month ye@r day *