Przeżyłem atak terrorystyczny - Nowiny Zabrzańskie

TA STRONA UŻYWA COOKIE. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Akceptuj pliki Cookies
Więcej informacji

Przeżyłem atak terrorystyczny

Z kapitanem Wiesławem Dziubą, emerytowanym pilotem Polskich Linii Lotniczych LOT, rozmawiamy o predyspozycjach, koniecznych, by zostać pilotem, zaginionym samolocie malezyjskich linii lotniczych, pytamy o kosztowne przedmioty zabierane na pokład i jego przeżycia, związane z próbą uprowadzenia samolotu.

- Co spowodowało, że obrał Pan taką ścieżkę kariery?

- To długa historia. Od dziecka pasjonowałem się modelarstwem. W II klasie liceum przeszedłem szkolenie szybowcowe w Katowicach, bo w Rybniku dopiero lotnisko budowano. Aeroklub w Rybniku istnieje od 1964 r., należę do niego od samego początku. W 1969 r. rozpocząłem tam pracę, zostałem instruktorem szybowcowym, a w 1971 r. samolotowym. Szkoliłem młodzież, uczyłem latać od podstaw Jurka Makulę (to 10-krotny mistrz świata w akrobatyce szybowcowej, także jest pilotem LOT-u). Jestem z niego dumny, to uczeń, który przerósł mistrza (śmiech). W 1974 roku wyjechałem na 3 miesiące do Egiptu, latałem jako pilot agro. W 1980 roku przeszedłem do LOT-u. Początkowo latałem na samolotach AN24, później na IŁ18, bardzo krótko na IŁ62, a potem już na maszynach amerykańskich: Boeing 737 i 15 lat na Boeingu 767. W sumie pracowałem w LOT 30 lat. To było włóczenie się po świecie, życie na walizkach.

- Zwiedził Pan cały świat?

- Bez przesady. Nie byłem w Australii. To były głównie loty rejsowe: Stany Zjednoczone, Chicago, Nowy Jork, Newark, Montreal, Edmonton, Toronto, Bangkok, Pekin. W okresie zimowym, kiedy mieliśmy mniej rejsów, wypożyczano nas Włochom, Szwajcarom. Latałem wtedy z Werony, Mediolanu, Rzymu na Karaiby, Kubę, Dominikanę. Przez dwa lata kursowaliśmy z Nowego Jorku do Georgetown, do Gujany Brytyjskiej. Wiele lotów było czarterowych, np. do Malezji. Jeden z moich ostatnich lotów przed emeryturą był do Tokio, gdzie spędziłem tydzień. Wspaniałe przeżycie.

- Który kraj zrobił na Panu największe wrażenie?

- Chyba właśnie Japonia. To zupełnie inna kultura, dla nas trochę niewyobrażalna. Nie spotkałem na ulicy kosza, ale nie ma też śmieci. Inni ludzie, mentalność.

- Polscy piloci mają dobrą opinię?

- Generalnie nie ma złych pilotów. Każdy z nas zdaje sobie sprawę, że spoczywa na nim odpowiedzialność za ponad 200 osób. To naprawdę coś niesamowitego. To raczej linie mają różną opinię, szczególnie małe, które mają jeden czy dwa samoloty. Normalna linia, jak LOT, nie może sobie pozwolić na bylejakość. Tam wszystko musi działać jak należy.

- Musi boleć, kiedy obserwuje Pan kłopoty finansowe LOT-u.

- Oczywiście, że boli, ale wydaje mi się, że LOT nie miał szczęścia do dyrektorów. Z drugiej strony trudno pogodzić żądania załogi i dyrekcji, jak w każdym innym zakładzie pracy. Tym bardziej, że w LOT działa sześć czy siedem związków zawodowych. Problemem jest też przerost zatrudnienia, jak w wielu firmach państwowych. niektóre porównywalne linie mają o połowę mniej pracowników.

- Bycie kapitanem samolotu to ogromna odpowiedzialność, ale też wielki honor.

- Odpowiedzialność jest rzeczywiście ogromna, bo jeśli coś się dzieje w powietrzu, o wszystkim decyduje kapitan. Oczywiście, jest załoga, drugi pilot, który jest tak samo wyszkolony jak kapitan. Mogą wykonywać te same zadania, ale to kapitan decyduje. Samolot jest tak skonstruowany, że sięgamy do drugiego steru i przyrządów. Na symulatorach ćwiczyliśmy sytuacje, kiedy jeden z pilotów był nieprzytomny. Ten drugi musi sobie wtedy ze wszystkim poradzić, nawet wylądować. Takie przypadki naprawdę się zdarzały. Córka znajomych leciała z Kanady, kapitan dostał zawału. Drugi zapytał, czy jest jakiś pilot na pokładzie. Znalazł się taki, który latał na małych samolotach. Usiadł na miejscu kapitana po to, żeby pomóc coś obsłużyć pod nadzorem drugiego pilota, patrząc mu na ręce.

- Kto ma przywilej bycia zaproszonym przez kapitana do kabiny?

- W tej chwili nie wolno tego robić ze względu na bezpieczeństwo i pancerne drzwi. Aczkolwiek jest to w gestii kapitana. On ma prawo podjąć decyzję i zaprosić kogoś do kabiny. Jeśli wiozłem prezesa LOT-u, trudno byłoby go nie zaprosić (śmiech).

- Przeżył Pan także atak terrorystyczny.

- Tak, mieliśmy porwanie. To był rok 1982, stan wojenny, lot z Wrocławia do Warszawy. Grupa 10 terrorystów. Byliśmy zamknięci z jednym porywaczem, a ci z tyłu nie wiedzieli, co się dzieje. Zabrali broń milicjantom, ochraniającym lot. Jeden z porywaczy zaczął się dobijać do kabiny. Strzelił trzy razy, na szczęście w dół i nikomu nic się nie stało. Była tylko dziura w samolocie. Ten, który był z nami, walił w odwecie gazem łzawiącym po oczach, bo myślał, że to milicjanci. Skończyło się szczęśliwie.

- Kto to był?

- Polacy z Dolnego Śląska. Porwania były wtedy bardzo częste. Chcieli uciec na Zachód, do Berlina Zachodniego.

- W takich przypadkach obowiązuje załogę odpowiednia procedura.

- Tak, mamy wykonywać polecenia porywaczy, ważne jest przede wszystkim bezpieczeństwo pasażerów. Ale jest to ogromne zagrożenie dla ruchu lotniczego. Nagle w przestrzeni znajduje się samolot, który nie był planowany. Czasami porywacze nie pozwolą nic mówić przez radio, w tym przypadku akurat pozwolili, więc mogliśmy uprzedzić kontrolerów, dostaliśmy wszelkie zgody. Na temat tego porwania nakręcono film „Antek puka do raju”.  

- Co Pan, doświadczony pilot i kapitan, myśli o zaginionym Boeingu malezyjskich linii lotniczych?

- Dla mnie jest to bardzo dziwne, że znalazł się nie tam, gdzie leciał. Nie można niczego wykluczyć. Najdziwniejsze jest to, że nagle zamilkł. Mógł zostać zestrzelony, mogło dojść do gwałtownego pożaru albo rozhermetyzowania. Wtedy jednak raczej zdążyliby coś nadać przez radio. Nie znam tego rejonu, nie latałem tam, ale jest wiele miejsc, w których występują problemy z komunikacją radiową. Podobno było na pokładzie złoto, niewykluczone, że gdzieś ten samolot mógł po prostu wylądować. Dziwna dla mnie jest sprawa dwóch osób, które leciały z kradzionymi paszportami. Jakiś odcinek podróżowali na swoich, później przesiadając się, już na tych skradzionych. Tzw. czarne skrzynki, które nawiasem mówiąc są okrągłe i pomarańczowe, przez miesiąc po rozbiciu wysyłają sygnał, powinny w każdym razie. Poza tym, wszystkie samoloty komunikacyjne, nawet małe sportowe samolociki, mają nadajnik radiowy, który w momencie uderzenia włącza się automatycznie i poprzez satelitę wysyła sygnał. Aczkolwiek, kiedy samolot francuskich linii lotniczych wpadł do oceanu i się rozpadł, dopiero po dwóch latach znaleziono rejestratory. Niczego nie można wykluczyć.

- Gdyby to byli terroryści, pewnie odezwaliby się z żądaniem okupu.

- Jeśli na pokładzie było kilka ton złota, kto się przyzna? Też wielokrotnie woziłem na pokładzie pieniądze, kosztowności, nawet obraz „Dama z łasiczką”, na wystawę do Chicago. Razem z nią na pokładzie byli kustosze z muzeum, obraz miał GPS, potem się okazało, że wśród pasażerów byli amerykańscy agenci, którzy dodatkowo wszystkiego pilnowali.

- Mimo przejścia na emeryturę, wciąż nie zwalnia Pan tempa. Może Pan realizować pasję, czyli modelarstwo.

- Od razu po przejściu na emeryturę, zaproponowano mi pracę instruktora w rybnickim Aeroklubie. Ludzie teraz nie chcą się bawić w instruktorkę. Kto wylata trochę więcej godzin, od razu szuka pracy w liniach lotniczych. Całe życie tu mieszkam, nie dałem się przeflancować do Warszawy,  więc pomyślałem – czemu nie? Wróciłem też do modeli i, muszę powiedzieć, że z sukcesami. Startuję w zawodach krajowych i międzynarodowych. Parę razy zdobyłem tytuł mistrza Polski indywidualnie i drużynowo, a na Mistrzostwach Świata Modeli Latających – Szybowców Sterowanych Mechanicznie w 2011 roku zająłem trzecie miejsce indywidualnie, a drużynowo zdobyliśmy złoty medal. To był mój życiowy sukces.

- Kto może zostać pilotem Boeinga?

- Do Boeinga jest daleka droga. Mawiamy, że pilot nie tylko musi umieć latać, ale też mieć szczęście. Aby zostać pilotem szybowcowym, trzeba ukończyć 14 lat, być zdrowym uczniem gimnazjum. W kursie teoretycznym jest 60 godzin wykładów, później są egzaminy. Po egzaminach zaczynamy latanie na szybowcu. Trzeba odbyć 40 lotów z instruktorem, potem 10 samodzielnych. Potem trzeba się szkolić na samolotach, ciułać godziny. Godzina lotu to 600, 700 zł, zależy od samolotu. Ktoś wyliczył, że zdobycie licencji pilota liniowego, to koszt minimum 200 tysięcy złotych. Z reguły linie wymagają 500 wylatanych godzin, by w ogóle móc marzyć o tym, żeby zasiąść za sterami samolotu. Potem oczywiście znowu jest kurs. Początkowo lata się jako drugi pilot, jeśli spełni się odpowiednie kryteria i wylata odpowiednią ilość godzin jako „drugi”, można awansować na kapitana. Ale do tego trzeba mieć predyspozycje. Miałem kolegów, którzy nigdy nie zostali kapitanami.

- Jakie?

- Kandydata ocenia kolegium instruktorskie. Patrzy się na wszystko: liczbę wylatanych godzin, zachowanie w powietrzu, pracę na symulatorach. Ćwiczyliśmy wszystko: pożary, lądowanie bez podwozia, z częściowo wypuszczonym podwoziem.

- Na szczęście takie sytuacje, jak miał np. kapitan Wrona albo lądowanie na rzece Hudson, zdarzają się rzadko.

- Oby jak najrzadziej. Porównując tych dwóch panów, kapitan Wrona miał pewien luksus – nadmiar czasu. Mógł się przygotować, wiedział, że nie ma podwozia, mógł spalić resztki paliwa i potem spokojnie lądować na przygotowanym pasie. Tamten nie miał czasu, jemu silniki nagle zgasły.

- Czy ma Pan jakieś wspomnienia związane z Zabrzem?

- Jeżdżę tu na badania do kardiochirurga. Więcej jestem zżyty z Gliwicami, bo czasem tam latam, ląduję. W 1968 roku, przed wejściem wojsk radzieckich na Czechosłowację, mieliśmy zakaz latania w Rybniku, bo w tamtejszych lasach stały wojska radzieckie. Lataliśmy wtedy w Gliwicach. Nad Zabrzem czasami przelatuję (śmiech).

- Jakie to uczucie pilotować samolot?

- Niesamowitej wolności. Wiele osób się dziwiło, że przyjeżdżałem z Warszawy i już następnego dnia rano jechałem do Aeroklubu latać na szybowcu. To była odskocznia. W dużym samolocie pasażerskim nie mam szans na wyżycie, akrobacje, tam są określone procedury. Pilot komunikacyjny jest jak kierowca autobusu. Od słupka do słupka wiezie pasażerów. Na małych samolotach jestem sobie panem, sterem i okrętem. Latam, jak chcę.

* Wiesław Dziuba – Od 1964 roku jest członkiem rybnickiego Aeroklubu. W latach 1969 – 1980 pracował w nim jako szef wyszkolenia. Jest instruktorem szybowcowym i samolotowym. W 1980 roku rozpoczął pracę w Polskich Liniach Lotniczych LOT. Przez 15 lat latał na Boeingu 767. W 2010 roku przeszedł na emeryturę. W powietrzu spędził ponad 12,5 tysiąca godzin. Od tego czasu znów pracuje jako szef wyszkolenia w Aeroklubie ROW, a także wrócił do swej pasji, czyli modelarstwa. W 2011 roku podczas Mistrzostwa Świata Modeli Latających – Szybowców Sterowanych Mechanicznie w Serbii zdobył brązowy medal indywidualnie i złoto w drużynie. Nigdy nie wyprowadził się z Rybnika.


Wstecz

Wasze komentarze (0)

Komentarze są zamknięte.