Matka Boska z Kończyc - Nowiny Zabrzańskie

TA STRONA UŻYWA COOKIE. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Akceptuj pliki Cookies
Więcej informacji

Matka Boska z Kończyc

Od kilku tygodni powiat kłobucki żyje domniemanymi objawieniami w miejscowym lesie. W mediach huczy, a ludzie pielgrzymują. Zabrze też ma historię objawień. 15 lat temu na szybie familoka w Kończycach postać Matki Boskiej dostrzegł Hubert Pielka.

Pielka podkreśla, że do dziś czuje błogosławieństwo Matki Boskiej. To on na szybie mieszkania sąsiadki, Łucji Piechnik pierwszy zobaczył święte oblicze. Nie wierzył własnym oczom – zawołał kolegę, który potwierdził objawienie i powiedział o nim ludziom stojącym w sklepie. Był 7 listopada 1997 roku. Od tego dnia, przez kilka miesięcy ulica Knosały, dziś znów spokojna i cicha, stała się ruchliwa i gwarna. By ułatwić samochodom poruszanie się, na czas największego modlitewnego poruszenia wprowadzono jednokierunkowy ruch, a autobusy komunikacji miejskiej zatrzymywały się na dodatkowym przystanku, by skrócić pasażerom drogę do szyby z wizerunkiem Matki Boskiej. O tym, że pojawiła się na oknie nadal wszyscy pamiętają, wiedzą o niej nawet ci, którzy mieszkają przy ulicy Knosały od niedawna. Mieszkańcy Kończyc ze starszym meldunkiem wciąż wspominają końcówkę 1997 roku z rozrzewnieniem. Nie dość, że przed domem nr 7 modliły się tłumy, to dzielnica była w centrum medialnych wydarzeń. W serwisach informacyjnych co chwilę pojawiały się kadry pokazujące modlących się ludzi. Dziś trudno o podobne zainteresowanie mediów. Niedawnemu pojawieniu się Czarnej Madonny na sośnie w lesie pod Kłobuckiem daleko do rangi tego z Kończyc.

- Ludzie przyjeżdżali tu miesiącami. Miałem kłopot, by wjechać do domu. Na szczęście zrobiono ruch jednokierunkowy i problem stal się mniejszy – opowiada Henryk Walasek mieszkający za płotem familoka nr 7.

- Choć z rezerwą traktowałem objawienie, kilka razy byłem pod oknem Łucji Piechnik. Widziałem coś, ale uważałem i nadal uważam, że to zaciek na szkle powstały podczas odlewania. Wcześniej nie był zauważony, bo przecież nikt dokładnie nie ogląda szyb w oknach. Mówiłem o tym cicho. Tłum był duży, nie dało się na głos wypowiedzieć własnych opinii. Nie chciałem nikomu przeszkadzać, a wiara w cud u większości modlących się była ogromna – dodaje Walasek.

Dziś szyba w oknie Łucji Piechnik wygląda tak samo jak w 1997 roku. – Przez pół roku, każdego dnia stali pod nim nie tylko zabrzanie. Ludzie przyjeżdżali nawet z moich rodzinnych stron, ze Świętokrzyskiego. Pochodzę spod Staszowa – dodaje.

Genowefa Jabłońska listopad 1997 roku i następujące po nim tygodnie pamięta podobnie – rzesza wiernych zbierająca się pod oknem oraz wielkie zainteresowanie dziennikarzy. – Każdy na swój sposób komentował objawienie, modlił się w różnych intencjach. Teraz zapomniano o sprawie, rzadko ktoś tu przychodzi. Czasem, gdy są goście z Niemiec oglądają także szybę. I to wszystko, żadnych dużych grup.

Z obserwacji mieszkańców Kończyc wynika, że najbardziej wytrwali w oddawaniu czci Matce Boskiej z ulicy Knosały okazali się Romowie. Ale i oni w końcu przestali przyjeżdżać.

- Parkowali samochody pod familokiem długo po tym, gdy ucichły zbiorowe modlitwy – mówi Henryk Walasek.

O tym, że objawienie w Kończycach było i nadal jest – w końcu wizerunek Maryi nie zniknął – nie sposób nie wiedzieć. Każdy mieszkaniec dzielnicy wskaże dom, w którego oknie się pojawiła, bo od 1997 roku stoi pod nim kapliczka, zbudowana z kamieni, ozdobiona kwiatami. Teraz dba o nią córka ponad dziewięćdziesięcioletniej Łucji Piechnik.

- Ufundował ją taksówkarz zaraz po objawieniu – wyjaśnia Henryk Walasek.

Ale do wizerunku matki Boskiej jedni podchodzili na klęczkach, a inni merkantylnie. Wielu wspomina mężczyznę, który sfotografował szybę, a swoje zdjęcia sprzedawał po 10 zł jako święte obrazki. W objawienie uwierzyły przede wszystkim kobiety, a na miejsce domniemanego cudu przywozili je mężowie. Gdy one się modliły, mężczyźni czekali w samochodach, usychając z pragnienia.

- Nie raz usłyszałem, że powinienem sprzedawać napoje. Ja bym zarobił, a przyjezdni milej spędzili czas – opowiada Henryk Walasek.

Hubert Pielka fakt, że pierwszy zobaczył Matkę Boską tłumaczy zgodnie z logiką innych objawień.

- Maryja nigdy nie przemawiała do możnych tego świata, zawsze do ludzi skromnych i jej oddanych. – Szedłem do sklepu i ukazała mi się. Nie chciałem wierzyć, ale podszedłem bliżej i stwierdziłem, że to rzeczywiście Ona. Pomodliłem się, spotkałem kolegę. Mówię mu: Słuchaj, czy ja mam jakieś omamy, chodź ze mną i zobacz, czy dobrze widzę. Przyszliśmy pod to okno i on powiedział: tak to jest Matka Boska. Wszedł do sklepu i ogłosił wszystkim objawienie. Po kilkudziesięciu minutach było tu pełno ludzi. Potem przyjechała TVN. Modlę się tam każdego dnia nawet trzy razy dziennie.

Hubert Pielka niechętnie wspomina jednak zdarzenia z 7 listopada 1997 roku. Z jednego powodu – zawiści, która sprowokowała wiele inwektyw i przykrych słów pod jego adresem.

- Nie rozmawiam na ten temat. Ludzie są zazdrośni. Matka Boska nie pójdzie przecież do kościoła. Ona wie, że tam ludzie się modlą, a ksiądz czerpałby duże korzyści z jej obecności. Ja za wspólną modlitwę grosza bym nie wziął – wyjaśnia i dodaje, że powątpiewa także w czystość intencji duchownych.

- Szybę zabrano do kościoła w Kończycach. Podobno jedną noc spędziła w komórce proboszcza, z jego innymi szpargałami. Gdy w końcu ustawił ją w kościele, to w takim miejscu, by narazić ją na stłuczenie przez przechodzących ludzi. Mimo to przetrwała – opowiada, podkreślając, że to dowód na zaistnienie cudu. I podaje jeszcze jeden. – Zakonnice z kościoła św. Anny szorowały szybę, ale nie udało im się zetrzeć wizerunku.

Ówczesny proboszcz kończyckiej parafii pw. Bożego Ciała, jak cały Kościół był ostrożny w mówieniu o cudzie, który rzekomo zdarzył się na ulicy Knosały. Obecny, ks. Jan Żmuda robi to samo.

- Rozpocząłem pracę w Kończycach już po tych wydarzeniach. Dla mnie to zamknięta sprawa, zajmował się nią mój poprzednik. Nie słyszałem, by teraz mówiło się o objawieniu. Jeśli ktoś nadal je przeżywa, to jest to jego prywatna sprawa. Kościół ostrożnie podchodzi do tego rodzaju zdarzeń. Uznanie, że było to objawienie trwa lata. Sprawę zawsze bada specjalna komisja. – podkreśla

Zanim objawienie zostanie uznane za autentyczne musi przejść długą drogę weryfikacyjną. W każdym przypadku zaczyna się od zbadania, czy nie można go racjonalnie wyjaśnić, czy nie doszło do oszustwa, podstępu, a nawet autosugestii lub sugestii zbiorowej. Dopiero jeśli fenomen okazuje się dziełem sił nadprzyrodzonych, rozpoznawany jest duchowo. Podstawowym warunkiem stwierdzenia jego prawdziwości jest brak sprzeczności z wiarą i moralnością chrześcijańską.  Ale objawienia prywatne, nawet uznane przez Kościół nie obligują wiernych do oddawania czci miejscom z nimi związywanymi. Można być dobrym katolikiem i nie wierzyć w to, co zdarzyło się w Fatimie, Guadalupe, Lourde, La Salette.

Hubert Pielka mimo, że objawienie z Kończyc nie doczekało się kościelnego procesu weryfikacyjnego podkreśla, że stale czuje błogosławieństwo Matki Boskiej. Raz szczególnie wyraźnie, gdy uchroniła go od skorzystania z polskiej, państwowej służby zdrowia. – Pojechałem na urodziny siostry do Niemiec. Kamień z woreczka żółciowego prześlizgnął mi się do żołądka. Natychmiast zrobiono mi wszystkie badania. Miałem wyniki dobre jak mało kto, okazało się jednak, że potrzebna jest operacja. Przeszedłem ją na drugi dzień, a po sześciu dniach wypisano mnie ze szpitala. Gdybym poczuł się źle w Polsce, na operację czekałbym pewnie dwadzieścia razy dłużej. Trzymaliby mnie na tabletkach, kazali przynieść skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu. Już w szpitalu, w Niemczech wiedziałem, że gdyby nie Matka Boska, to mnie by nie było – opowiada i dodaje, że to nie pierwszy, gdy Maryja podreperowała jego zdrowie.

- Kilka razy myślałem, że umieram. W grudniu skończę 72 lata. Miałem kłopoty z sercem, ale modliłem się, położyłem się spać i przeszło. Nawet lekarze byli zdziwieni – przekonuje.

Hubert Pielka zawsze był religijny.

- Nie chodziłem do kościoła codziennie jak te babcie w okolicy, ale zdarzało się dwa, trzy razy w tygodniu. Tego, co ja widzę na szybie – Jezusa stojącego koło Marii pewnie nie zobaczycie. Nie zamierzam jednak ludziom niczego tłumaczyć, widzę to dla siebie. Często, gdy idę po ciemku rozmawiam z Maryją tak jak robią to ludzie na cmentarzu ze zmarłymi bliskimi. Wtedy w głowie słyszę odpowiedzi i wiem co mam robić – mówi z dumą

 

 


Wstecz

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz



Current month ye@r day *

Protected with IP Blacklist CloudIP Blacklist Cloud