Korzenie mam w Mikulczycach - Nowiny Zabrzańskie

TA STRONA UŻYWA COOKIE. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Akceptuj pliki Cookies
Więcej informacji

Korzenie mam w Mikulczycach

Christian Abramowicz pierwszą połowę życia przeżył w Zabrzu, drugą  – w Niemczech. Wciąż utrzymuje żywy kontakt z naszym miastem i włącza się w akcje charytatywne.

Jest Pan zabrzaninem, który od lat mieszka w Niemczech.

Dokładnie. W marcu minęło 30 lat, od kiedy wyjechaliśmy z rodziną na stałe do Niemiec.

Czyli jeszcze przed wyborami 4 czerwca 1989 roku?

W 1988 roku byłem w Niemczech w odwiedzinach u rodziców. Zobaczyłem różnicę w poziomie życia, w możliwościach, które tam się miało w owym czasie. Półki sklepowe były wypełnione towarami, o których w Zabrzu można było tylko pomarzyć. Były pomarańcze, banany, szynka, ser. Nie było kolejek, a ceny, jak na tamte zarobki – bardziej niż przystępne. Każdy, kto tam mieszkał i pracował, mógł to mieć. A tu… wiadomo jak wtedy było.

Czyli został Pan uchodźcą ekonomicznym.

W pewnym sensie tak. W Polsce pracowałem w introligatorni na kopalni „Pstrowski”, wcześniej w drukarni w Mikulczycach i spółdzielni Trans-Mlecz, za czasów, gdy szefował nią późniejszy prezydent Roman Urbańczyk. Ale był też inny ważny powód. Zabrze było wtedy stolicą ciężkiego przemysłu, powietrze praktycznie było widać, tyle wisiało w nim zanieczyszczeń, pyłów. Gdy wracaliśmy od rodziny w Tychach i wjeżdżaliśmy do miasta przed górkę od strony Kończyc, widzieliśmy potworny czarny smog. Moje dzieci ciągle chorowały, były problemy z oskrzelami, cierpiały na astmę, często miały zapalenia płuc, musieliśmy zmieniać im klimat, wyjeżdżać nad morze, w rejony białostockie, by poprawiać im powietrze, którym oddychały, by wracały do zdrowia. Było to uciążliwe i drogie.

W tym czasie rodzice mieszkali już w Niemczech?

Rodzice i cała rodzina mojej mamy mieszkali już w Niemczech. Wyjechali w 1987 roku. Ale starali się o to wcześniej, praktycznie od połowy lat 60. Ciągle jednak dostawali odmowy. W końcu pojechali na odwiedziny i zostali tam. Pamiętam, że przy pierwszym pobycie w Niemczech sytuacja życiowa ludzi tam wydała mi się po prostu normalna, podczas gdy u nas trzeba było kombinować, załatwiać, stać za wszystkim godzinami w kolejkach.

Jednak decyzja o wyjeździe na stałe pewnie nie była prosta?

Zrobiliśmy to przede wszystkim ze względu na dzieci, których mieliśmy wtedy już czwórkę. Mimo, że pracowałem na kopalni i zarabiałem całkiem sporo. Pracując na powierzchni dostawałem więcej, niż mój tato, który przed wyjazdem był na dole strzałowym. Nie powodziło mi się więc źle, ale… po co komu pieniądze, skoro niewiele można było za nie kupić. Prawdę mówiąc i ja i żona nie widzieliśmy wtedy w Polsce żadnej dla nas przyszłości.

Ale przecież 3 miesiące później, po pierwszych częściowo wolnych wyborach, sytuacja już się zmieniła. Nie myśleliście wtedy, by jednak wrócić do Zabrza?

Tak naprawdę zmiany zaczęły być odczuwalne dopiero w 1990 roku. Ale wtedy my już byliśmy ustawieni tam, mieliśmy gdzie mieszkać, znalazłem pracę. Już w październiku, kilka miesięcy po przyjeździe do Niemiec, zacząłem pracować w parafii w Aachen jako kościelny. Nie zarabiałem kokosów, ale bez problemów można było za wypłatę utrzymać rodzinę. Obiecano mi też służbowe mieszkanie, niewielki domek jednorodzinny. Uznaliśmy, że nie ma sensu zostawiać tego i wracać w niepewne do Polski.

Mimo to kontaktu z Zabrzem nigdy Pan nie zerwał. Pamiętam, że wiele razy w ciągu ostatnich kilkunastu lat włączał się Pan w rozmaite akcje charytatywne, również prowadzone przez naszą redakcję.

Kontakt z Zabrzem miałem i mam cały czas, mieszka tu moja teściowa. Nieżyjący już teść, Eugeniusz Bartas, był nawet wiceprzewodniczącym Rady Miejskiej. Współpracowałem z miastem m.in. przy okazji umieszczenia w centrum rzeźby urodzonego w Zabrzu artysty Heinza Tobolli, byłem jego tłumaczem, przyjechałem w jego imieniu do Zabrza dopilnować, by wszystko było tak, jak sobie życzył.

Współpracował Pan też z licznymi w Niemczech środowiskami polonijnymi?

Nie. Jakoś nigdy nie było mi z nimi po drodze, nie pasują mi te organizacje, są zbyt krzykliwe i roszczeniowe. To nie jest moje pole. Ja staram się wspierać organizacje społeczne i rozmaite akcje charytatywne, co do których sensu jestem przekonany. Kilkakrotnie prowadziłem zbiórki dla zabrzan sam, wśród znajomych, zwykłych ludzi, Polaków, mieszkających w Aachen. A zaczęło się chyba w 1991 roku, gdy ksiądz Józef Kusche z parafii św. Anny zapytał mnie, czy mógłbym pomóc zorganizować nocleg dla setki młodzieży, która jedzie do Taize. Załatwiłem to, w naszym domu parafialnym, na materacach, do tego zapewniłem obiad, kolację. Potem w podobnej sprawie pomagałem jeszcze kilkakrotnie, chyba do 2003 roku. W 1992 roku przez 5 dni gościliśmy chór Resonans con tuti, w którym, w czasach szkolnych, śpiewała moja żona Christina. W innej akcji kupiłem w aukcji „Nowin Zabrzańskich” obraz Marty Abramowicz. Zainteresowało mnie nazwisko i cel – wsparcie dzieci z Zabrza. Staram się co roku przekazać niewielką kwotę na rzecz Domu Dziecka. Organizowałem też z harcerzami obóz dla dzieci pod Częstochową, w czym pomagał mi znany zabrzanin mieszkający w Niemczech, Damian Spielvogel. Więc tych kontaktów i akcji związanych z Zabrzem jest całkiem sporo.

Jest Pan zabrzaninem, ale i człowiekiem , który może spojrzeć na miasto z zewnątrz, z dystansu. Jak w Pana oczach to miasto zmieniło się w ciągu 30 lat?

Zmieniło się i to bardzo, na plus. Kilka dni temu byliśmy w sztolni „Królowa Luiza”. Niesamowite miejsce. Ale i samo Zabrze, w porównaniu z tym sprzed lat, jest o wiele piękniejsze. Przyjeżdżam tu chętnie i z przyjemnością. Czytam też, że miasto dobrze wykorzystuje pieniądze z Unii Europejskiej. To bardzo dobry prognostyk na przyszłość. Obojętnie, co mówią i piszą niektórzy zabrzanie, ja uważam, że z roku na rok, z każdym przyjazdem, są zmiany na lepsze. Wiadomo, że niektórzy chcieliby poprawić wszystko natychmiast. Tak się nie da. Jeśli przez 40 lat wiele spraw zostało zaniedbanych, nie da się ich odkręcić w kilkanaście lat. Musimy gonić najlepszych i potrwa to jeszcze wiele lat. Ale jeśli chodzi o standard życia… w wielu sprawach w Polsce jest podobnie jak w Niemczech. Z moich obserwacji wynika, że rodzina z dwójką dzieci, przy obojgu pracujących rodzicach może pozwolić sobie w Niemczech i w Polsce mniej więcej na to samo. Różnice są minimalne.

A jakie są teraz opinie o Polsce w Niemczech? Jaką prasę ma obecny rząd?

Opinie są złe. W gazetach piszą o Polsce głównie negatywnie. Prezesa PiS się nie poważa, nie uważa się go za dobrego polityka. Przedstawia się go jako człowieka, który dba głównie o własnych ludzi, a nie o państwo. Pojawiają się porównania do Erdogana w Turcji i Putina w Rosji. Uważa się, że działania PiS zmierzają w stronę dyktatury.

Czyli nawet na emeryturę raczej Pan do Polski, do Zabrza nie wróci?

Nie ma takiej możliwości. Mamy w Niemczech mieszkanie własnościowe, dzieci też tu mieszkają, porozrzucane po różnych miastach. Kontakt będzie nadal, chętnie będziemy w Zabrzu podczas wakacji, w tym roku do Zabrza przyjedzie też córka. To są nasze korzenie, ale powrotu na stale raczej nie planujemy. W naszej rodzinie jest taka historia. Moja ciocia wyjechała w 1936 roku z Zabrza, z Mikulczyc do Dusseldorfu, bo tam skierowano ją do pracy. Dwa razy była potem w Polsce w latach 70. i 80. Zmarła mając prawie 100 lat. Pamiętam, że całe życie powtarzała, że jej korzenie to Mikulczyce i do śmierci świetnie potrafiła mówić gwarą śląską. Chopie, jak ci do galot nakopia, to sie przewrocisz… Człowiek na zawsze jest przywiązany do swoich korzeni, jak drzewo. Nie można się od nich odciąć.

Dziękuję za rozmowę.

DARIUSZ CHROST

 


Wstecz

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz



Current month ye@r day *

Protected with IP Blacklist CloudIP Blacklist Cloud