JERZY GOŁUBOWICZ: Sądy nie zweryfikowały faktów, lecz stworzyły własną bajkę - Nowiny Zabrzańskie

TA STRONA UŻYWA COOKIE. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Akceptuj pliki Cookies
Więcej informacji

JERZY GOŁUBOWICZ: Sądy nie zweryfikowały faktów, lecz stworzyły własną bajkę

- Nie akceptuję mojej sytuacji, tak jak nie akceptowałby jej każdy, zdrowy psychicznie człowiek, za którego wciąż się uważam. Odbyły się już cztery procesy. Ten ostatni, w Sądzie Apelacyjnym w Katowicach, 1 lutego br. nie jest dla mnie zamknięciem sprawy, nie jest ostatnią kropką – mówi Jerzy Gołubowicz, były prezydent Zabrza, skazany na 25 lat za zabójstwo Lecha Frydrychowskiego.

Co będzie tą ostatnią kropką? Uniewinnienie?

Tak, czyli sprawiedliwa ocena.

Przeprowadzono cztery procesy, cztery składy sędziowskie weryfikowały zdarzenia w lesie w Wymysłowie. Może być jeszcze sprawiedliwiej?

Te sądy nie weryfikowały faktów, ale stworzyły własną bajkę. Jej pisanie zaczął sędzia Józef Kapuściok w Sądzie Okręgowym w Katowicach. Szczytem konfabulacji był drugi, powtórzony proces, w tym samym sądzie. Nigdy nie byłem w Wymysłowie. Stworzono opowieść na ten temat. Podkreślam – stworzono.

I co jest w tej bajce ze złym zakończeniem?

Jestem mordercą, gościem, który pojawił się w lesie z Frydrychowskim. Są w niej przede wszystkim wykreowane sytuacje, które nigdy nie miały miejsca, i których opisu nie starałem się zapamiętać. Nawet nie bardzo potrafię przedstawić przebieg zdarzeń w Wymysłowie. W końcu znam je tylko z akt sprawy, a nie z własnych przeżyć. Mnie tam nie było. Ktoś miał za to cały rok, by przygotować wygodną dla siebie wersję zdarzeń.

Kto?

Nie wiem. Nie jestem policjantem, nie miałem aparatu śledczego, którym dysponują funkcjonariusze. Od samego początku, od pierwszej rozprawy mówiłem, że postępowanie przygotowawcze było tendencyjne.

Muszę o to zapytać, by sprawa była jasna: zabił pan Lecha Frydrychowskiego?

Nie zabiłem. Wszystko opisałem w oświadczeniu wysłanym do Sądu Apelacyjnego, po pierwszym procesie w Sądzie Okręgowym. I był to jedyny sąd, który zapoznał się z moim stanowiskiem. Pozostałe ignorowały to, co pisałem. W tych dokumentach jest precyzyjnie przedstawiona m.in. historia mojej znajomości z Lechem Frydrychowskim.

A historia tej znajomości jest ważna dla sprawy?

Nikt ze śledczych – a to moim zdaniem ogromny mankament postępowania przygotowawczego – nie zainteresował się środowiskiem Frydrychowskiego. Gdy zostałem prezydentem Zabrza, przychodził do mnie w określonych celach.

Jeden znamy. Była to oferta korupcyjna, dotycząca zamiany budynków przy ulicy Franciszkańskiej na miejskie grunty, w sąsiedztwie DTŚ, będącej wtedy jeszcze w planach.

Frydrychowski chciał przysłać do mnie także innych klientów. Propozycja, o której pani mówi została ujawniona, ale nie wiem, kim były pozostałe osoby, chcące załatwiać pod stołem, w nieuczciwy sposób swoje interesy. Ustalenie tego należało do policjantów, prokuratorów.

Czyli ponownie należy stwierdzić, że kluczowa dla wyjaśniania sprawy jest biografia Lecha Frydrychowskiego. Był niezwykle tajemniczym człowiekiem.

Tajemniczym, co dziwne, również wobec swoich przyjaciół. Dlatego upierałem się, by powołać na świadka komisarza P. z Wydziału ds. Walki z Korupcją Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach, który kierował postępowaniem dotyczącym oferty złożonej mi przez Frydrychowskiego. Wciąż pojawiało się tam jedno nazwisko. Andrzej M.

Kim jest Andrzej M.? Wiem, że był kumplem Frydrychowskiego.

Wiem tyle samo. Jaką rolę odegrał w składaniu korupcyjnej propozycji, już nie wiem.

Coś jeszcze pan wie o Andrzeju M.?

Że jest łysy.

Nie zaskoczył mnie pan. Też o tym wiem.

Poza tym, chyba nic więcej nas nie łączy. A poważnie: jego nazwisko pojawiło się podczas groteskowych rozmów, dotyczących zamiany budynków Gazobudowy na gminne grunty. W 2005 roku Frydrychowski zagroził mi, że jeśli nie będę z nim rozmawiał na ten temat, ujawni moje machlojki z oświadczeniami majątkowymi. Jego oskarżenia były kompletną bzdurą, ale wyjaśnianie sprawy zajęło mi sporo czasu. Dopiero w 2013 roku zostałem oczyszczony z zarzutu oświadczenia nieprawdy.

Frydrychowski przychodził do pana sam?

Tak. Rozmawialiśmy w gabinecie i w aquaparku. W więzieniu zacząłem spisywać wszystko, co wiem o sprawach związanych z jego śmiercią. Na razie ta relacja zajęła mi 60 stron. Z pewnością będzie znacznie dłuższa.

Do czego potrzebne jest panu pisanie?

Będzie przecież kasacja. Jest Trybunał Sprawiedliwości, są różne fundacje, no i wreszcie media. Chcę być uczciwy nie tylko wobec siebie, ale przede wszystkim wobec swojej rodziny. Chcę, by z moich bliskich zostało zdjęte odium żony i córek mordercy.

Jaki argument ma pan dla fundacji, mediów i wreszcie Sądu Najwyższego, który będzie rozpatrywał kasację? Co przemawia na pana korzyść? Bo przecież nie to, że Lech Frydrychowski miał podejrzane kontakty, że prowadził tajemnicze życie. Te fakty wcale nie wykluczają pana udziału w morderstwie.

Proszę sobie przypomnieć, co było rzekomym motywem dokonanej przeze mnie zbrodni.

Wszyscy to wiedzą. Pożyczka. Ale ja wiem, co za chwilkę pan powie. Że to nielogiczne, bo śmierć Lecha Frydrychowskiego nie zatrzymała egzekucji zobowiązania, sformalizowanego umową pożyczki na 246 tys. zł.

Nie ma w tym żadnej logiki.

To fakt. Ale człowiek to nie tylko racjonalne myślenie i działanie. Także emocje, które dyktują postępowanie wbrew rozumowi.

No to, co mam zrobić? Jak jeszcze wytłumaczyć, że w morderstwo zostałem wrobiony, brutalnie narżnięty przez Frydrychowskich. Tak, przez Frydrychowskich. Bo dziś matka Lecha i jego siostra wychodzą ze skóry, by dobrać się do schedy po mnie. Mnie i moją rodzinę pozbawiono już majątku. Domu nie mam. Jeszcze raz zapytam: co mam zrobić? Nie mówić o tym? Żaden sąd nie chciał zająć się życiem Lecha Frydrychowskiego.

Dlaczego?

To oczywiste. Sprawa zaczęła się w latach 2004 – 2005, kiedy urząd szczęśliwie objął Zbigniew Ziobro, wtedy jak i dziś, minister sprawiedliwości. Odbywały się czystki w prokuraturze. Z zabrzańskiej odeszło 90 proc. prokuratorów. Również ten, który wniósł akt oskarżenia przeciw Lechowi Frydrychowskiemu, zarzucając mu sfałszowanie umowy pożyczki na 246 tys. zł. To nie ja wszcząłem tę sprawę. Ruszyła z urzędu, więc musiały być podstawy. I co się stało? Prokurator, który to zrobił, wyleciał, a postępowanie się skończyło.

W sądzie. To w sali rozpraw stwierdzono, że umowa była autentyczna.

Jestem przeciwny gloryfikowaniu sądów, bo na własnej skórze przekonałem się, że Sąd Rejonowy w Zabrzu, Okręgowy i Apelacyjny w Katowicach otacza nimb nietykalności. To właśnie dzięki ich tendencyjnemu postępowaniu tutaj siedzę.

Opierając się na kłamstwie, na nierzetelności, na tendencyjności? Ciesząc się, razem z prokuratorami, wsadzeniem prezydenta do pudła? Skazanie mnie było niesamowitym wyczynem, oczywiście policzonym śledczym na plus. W ten sposób pokazali, że nie liczy się dla nich sprawowana funkcja, że można wsadzić każdego.

Myśli pan, że to była motywacja do tego tendencyjnego, w pana ocenie, postępowania?

Jestem pewien.

A ja myślę, że Zbigniewowi Ziobrze i jego ludziom bardziej zależałoby na ujawnieniu układu. Na przykład korupcyjnego, o którym pan już mówił.

Wtedy ich celem było tropienie. No i wyśledzili mnie, skomponowali bajkę o morderstwie Lecha Frydrychowskiego. To był okres, gdy na porządku dziennym było pozbywanie się sędziów. Dlatego nie dziwi mnie, że bywali wówczas spolegliwi prokuratorzy, sędziowie, niesprzeciwiający się intencjom ministra. Oczywiście nie mam pretensji do Zbigniewa Ziobry, ale do tych, którzy dali się wmanewrować.

Skoro wszyscy dali się wmanewrować w nieprawdzie oskarżenia, co zignorowali? Jakie informacje? Te, o których już mówiliśmy, o życiu Lecha Frydrychowskiego?

Nie zgadzam się z taką interpretacją zdarzeń.

No to, co jest głównym zaniechaniem śledczych?

Motyw, a jest nim Frydrychowski. Jego kłamstwo, czyli fałszowana umowa pożyczki. Tego uczepił się pierwszy prokurator, tego uczepił się komisarz H. To oni stworzyli motyw. Ale nie dokończyłem jednego wątku. W czasie drugiego procesu w Sądzie Okręgowym, sędzia Małgorzata Buchacz odmówiła wezwania na świadka P., czyli komisarza prowadzącego postępowanie w sprawie oferty korupcyjnej, złożonej przez Frydrychowskiego. I tu właśnie jest pies pogrzebany. Mógłby m.in. opowiedzieć, do kogo jeździł Frydrychowski po każdym spotkaniu ze mną.

Do kogo? Do Andrzeja M. Czy opowiadali sobie filmy, które ostatnio widzieli? Nie sądzę. Trzeba być głupcem, kompletnym idiotą, by nie powiązać spotkań moich i Frydrychowskiego z faktem, że zaraz po ich zakończeniu mój rozmówca jeździł do M.

Myśli pan, że później M. relacjonował wasze spotkania jeszcze komuś? W opowieściach pojawia się też inny pan M.

Nie wiem, nie znałem kolegów Frydrychowskiego, tym bardziej M. Ale skoro w sąsiedztwie nazwiska Andrzeja M. pojawia się drugi M., to co? Nie znali się?

Zmierzamy do tego, że ktoś inny mógł mieć interes w zabiciu Lecha Frydrychowskiego.

Oczywiście.

A pan był osobą, z której łatwo było zrobić mordercę.

Byłem durnym, skrajnym idiotą, że podpisałem Frydrychowskiemu in blanco umowę pożyczki, w którą on wpisał nie 25 tys. zł, czyli moje rzeczywiste zobowiązanie, zresztą co do grosza spłacone, ale 246 tys. 800 zł. Za to pani sędzia Buchacz zrobiła coś, za co jestem jej dozgonnie wdzięczny – wydobyła z Prokuratury Okręgowej w Gliwicach akta śledztwa prowadzonego przez P.

Co to dało?

Powiem, czego nie dało. Proszę się nie gniewać, ale muszę opowiedzieć te zdarzenia od początku, po kolei. Jest koniec 2004 roku, po świętach Bożego Narodzenia do mojego gabinetu przychodzi Lech Frydrychowski i zostawia mi kartkę, z informacją o koniecznym spotkaniu.

W pana biurze rzeczywiście był podsłuch? Był.

A kto go założył?

Zaraz, chwilę. Opowiem o tym później. Chciałbym wrócić do wydarzeń z końcówki 2004 roku. Kartkę od Frydrychowskiego odczytałem z moimi sekretarkami. Napisał to, o czym już wcześniej mówiłem – że jeśli nie będę z nim rozmawiał, ogłosi na sesji moje kłamstwa w oświadczeniach majątkowych. Oczywiście były to bzdety. Zareagowałem natychmiast. Spotkałem się z wojewodą, później z komendantem wojewódzkim policji. Następstwem tej drugiej rozmowy był kontakt z naczelnikiem Wydziału ds. Walki z Korupcją w KWP w Katowicach. Wtedy ustaliśmy, że ja będę rozmawiał z Frydrychowskim, a oni zaczną śledztwo. Zdaję sobie sprawę, że to, co teraz powiem może być naruszeniem tajemnicy śledztwa, ale za przeproszeniem, co mnie to obchodzi? Co w związku z tym mi grozi? Do dożywocia, które dostałem dołożą mi jeszcze 5 lat? Proszę bardzo! Tym bardziej, że wtedy nikt nie zobowiązał mnie do milczenia. Wracam więc do mojej opowieści. Ruszyło śledztwo. Policjanci obserwowali Frydrychowskiego, zainstalowali w moim gabinecie kamerę, a ponieważ działo się to przed świętami Bożego Narodzenia, schowano ją w pudełeczku po prezencie. Wtedy pierwszy raz widziałem jak bardzo urządzenie może być zminiaturyzowane. W sąsiednim pokoju ustawiono magnetowid, nagrywający wszystko, co działo się w gabinecie. I co ciekawe, nikogo ze śledczych, prowadzących sprawę zabójstwa Frydrychowskiego nie zaintrygował fakt, że nie rozmawiał ze mną bezpośrednio. To, o czym chciał mi zakomunikować, pisał na kartkach. Ja odpowiadałem wprost, nie widziałem powodu, by bawić się w farsę. Z Frydrychowskim zaczęliśmy spotykać się w aquaparku.

Dlaczego w aquaparku? By nie było szansy na zainstalowanie podsłuchu?

W kąpielówkach trudno ukryć mikrofon. Pierwsza wizyta okazała się jednak porażką. Policjanci szybko zaszyli nadajnik w mojej marynarce.

Jechaliście na basen, a nadajnik schowano w marynarce?!

Policjanci zakładali, że usiądziemy w kawiarni. Tymczasem Frydrychowski wręczył mi kąpielówki oraz ręcznik. Wybrał kawiarniany stolik przy grzybkach wodnych. Hałas spowodowany lejącą się wodą był duży. Ponieważ nie miałem nadajnika, umówiłem się z nim na inny termin. Przed kolejnym spotkaniem policjanci włożyli mikrofon do mojego portfela. Ale Frydrychowski, nie wiem, czy intuicyjnie, czy z przezorności nakrył go ręcznikiem. Efekt był taki, że tkanina stłumiła szum wody, a nasza rozmowa nagrała się idealnie. Po tym spotkaniu, w Urzędzie Miejskim odwiedził mnie komisarz P. Powiedział, że wszystko świetnie przebiegło i że jest nakaz zatrzymania Lecha Frydrychowskiego.

Kiedy to było?

W maju 2005 roku. Kilka dni później P. znów się pojawił w moim gabinecie. Pytał, czy nie wiem, gdzie jest Frydrychowski. Nie wiedziałem, bo niby skąd. Dopiero podczas procesu jedna z jego znajomych zeznała, że ukrywał się w lesie. Mówiła o okresie, który chronologicznie pokrywał się z drugą wizytą w Urzędzie Miejskim komisarza P. Dalej historia wyglądała tak: P. nie mógł znaleźć Frydrychowskiego, no a później, rzecz niezwykle zaskakująca – prokurator umorzył postępowanie. Wystąpiłem o udostępnienie mi akt, ale spotkałem się z odmową mimo, że byłem w tej sprawie pokrzywdzonym. I dopiero pod koniec 2016 roku pani sędzia Buchacz sprowadziła te akta. Teraz są dostępne tylko stronom postępowania.

Panu w końcu też.

Gdybym sam do nich zaglądał, może nikt by mi nie uwierzył, ale w kancelarii tajnej Sądu Okręgowego w Katowicach towarzyszył mi jeden z moich obrońców, mec. Robert Dopierała. Na pierwszej stronie, około 80 – stronicowej dokumentacji była notatka, rodzaj résumé, a w środku tego tekstu zacytowano wyznanie Frydrychowskiego. Kluczowe dla sprawy. Niestety, pani sędzia Buchacz nie dopuściła do jakiejkolwiek dyskusji na ten temat. Tłumaczyła, o czym już wspominałem, że zapoznaliśmy się z tajną częścią akt, że nie ma o czym mówić, że nie ma po co wzywać P.

Sędzia Małgorzata Buchacz też pewnie przeczytała tajne akta.

W dokumentacji był jej podpis, poświadczający, że tak.

I nic? Dlaczego ucieszyłem się ze sprowadzenia akt? Bo miałem nadzieję, że sąd podejmie opisane w nich wątki.

No to cieszył się pan chwilę.

Postępowanie prowadzone przez komisarza P. wymagało postawienia sobie jeszcze raz pytania: kto go miał motyw, by zabić Frydrychowskiego. Z akt postępowania wynika, że ja nie.

Tematem nagrywanych rozmów była tylko oferta korupcyjna?

Tak, ale przy tej okazji zadawałem Frydrychowskiemu inne pytania, m.in. „dlaczego sfałszowałeś umowę?”, „dlaczego chciałeś mnie zniszczyć?” A on odpowiadał: „panie Jurku, tak trzeba było zrobić”. Tylko idiota, nie będę mówił pod czyim adresem kieruję tę uwagę, nie zinterpretuje tych słów jak wypełnienie polecenia. Dodawał jeszcze: „panie Jurku, pan nie wie, pod jaką jestem presją. Pana problemy przy moich to pikuś”. Uważam, że Frydrychowski był cwaniakiem, lumpem. Nie pracował.

Ale miał kasę.

Podobno żył z renty mamusi.

I truskawek.

Także szparagów, nie zapominajmy o zbieraniu szparagów. Były jeszcze kasyna.

Pan też w nich grał. Podobno.

(śmiech). Nie potrafię grać w remika ani tysiąca. Wracając do procesu, pani Buchacz nie zwróciła się do ministra sprawiedliwości o zwolnienie komisarza P. z tajemnicy służbowej. W ten sposób pozbawiono mnie szansy na udowodnienie swojej niewinności. A dowód na nią spokojnie sobie leży. 11 lat. Ja natomiast siedzę w więzieniu, a po nim być może łażą szczury.

Kiedy poczuł pan, że atmosfera wokół pana gęstnieje, że robi się niebezpiecznie?

Nie czułem niebezpieczeństwa, nie miałem się czego obawiać. Nawet wtedy, gdy sąd cywilny nakazał mi spłatę 246 tys. zł. Cały czas byłem przekonany, że nie może być tak, że prawda nie wyjdzie na jaw. Że w końcu ktoś dojdzie, jak to możliwe, że gołodupiec, taki jak Frydrychowski – przepraszam za wyrażenie – wyciąga z kieszeni 246 tys. i 800 zł. Podczas jednej z rozpraw mówił, że pieniądze wręczył mi na parkingu przed szkołą, przy ulicy Czołgistów i że do grubych tysięcy dołożył jeszcze 800 zł. To kompletny absurd. Swoje wspomnienia na temat zdarzeń z 2008 roku oraz tych wcześniejszych i późniejszych zaczynam od zdania z „Procesu”. Czuję się jak główny bohater powieści Kafki. Atmosfera zaczęła gęstnieć dopiero, gdy ruszyła medialna nagonka. Dodatkowo Frydrychowskiego szlag trafił, gdy dowiedział się, że prowadzono przeciw niemu śledztwo związane z korupcją. Wtedy zaczął swoje tournée po sądach oskarżając mnie o wszystko, co możliwe.

I uciekł przed nakazem.

A kogo to obchodziło? Ważne było tylko, że mieli wróbla w garści. Gołubowicza. Prezydenta. „Jesteśmy tacy dobrzy, tacy sprawiedliwi, tacy rzetelni, uczciwi i obiektywni”. Założę się, że wciąż można znaleźć listy nagród dla policjantów, prokuratorów, pracujących w śledztwie, wyjaśniającym okoliczności morderstwa w Wymysłowie. Oczywiście także dziennikarze dołożyli swoje. Pisali, że oszukałem znajomego, że jestem zły. Skakano mi po plecach, a ci, który tego nie robili, pytali, jak wytrzymałem potężną nagonkę. Odpowiedź jest prosta – wierzyłem i ciągle wierzę, choć może jestem naiwny – że prawda zostanie ujawniona.

To i ja zapytam: jak pan to wytrzymuje? Jak daje pan sobie radę w więzieniu, z wyrokiem 25 lat? Co trzyma pana przy życiu? Nadal nadzieja na prawdę?

Powiem, jakie miałem przeświadczenie przed kolejnymi wyrokami. Nie twierdzę, że jestem ekspertem z zakresu socjologii i odczytywania mowy ciała, ale przed rozstrzygnięciem drugiego procesu, w Sądzie Okręgowym, mówiłem adwokatom, żonie i córkom, że nie wierzę, by werdykt był dla mnie korzystny. Według mnie pani sędzia czegoś się bała.

Myśli pan, że sprawa sięga aż tak daleko?

Tak uważam. Poza tym mówiłem moim dziewczynom, że nie wyobrażam sobie uniewinnienia, niezależnie od tego, jakie będą argumenty. Za daleko zabrnięto w tym wszystkim.

A na kasację pan liczy?

Liczę.

I to jest ta nadzieja?

Mam nadzieję, że w końcu ktoś powie, że Frydrychowski to był kawał skończonego drania.

Ale to pan powiedział, że był zaszczuty, że był w sytuacji znacznie gorszej od pana.

A dlaczego? Nie wiem, powinien to sprawdzić wymiar sprawiedliwości. Nie widziałem natomiast szansy na korzystny dla mnie wyrok Sądu Apelacyjnego, bo jeśli taki by był, od razu założyłbym sprawę przeciw Skarbowi Państwa.

Z kasacją może być tak jak z drugim wyrokiem Sądu Apelacyjnego. Wszystko zależy od tego, czy komuś zechce się zapoznać z materiałami dotyczącymi śledztw i procesów. Jeśli będzie czytała pani wskazane przeze mnie dokumenty, proszę odegnać od siebie wcześniej zasłyszane opinie. Na przykład taką, że Gołubowicz to drań.

Nie słyszałam, by mówiono o panu drań.

Laryngolog by się przydał. Do wizyty u lekarza jednak nie namawiam, ale do przeprowadzenia eksperymentu tak. Proszę, czytając moje dokumenty, uwierzyć mi.

Jaki dla pana będzie koniec tej sprawy, oczywiście zakładając, że zostanie pan uniewinniony? Co zrobi pan z wolnością?

Nie zastanawiałem się.

Wciąż nie wiem, co pana trzyma w pionie. Jest pan w dobrej kondycji…

Proszę nie pisać, że jestem w dobrej kondycji, że więzienie mi służy.

Jednak spokojnie rozmawiamy, czasem uda nam się zażartować. Mam przekonanie, że wiele osób na pana miejscu…

Inni po prostu się wieszają. Tak skończył chłopak, którego ściągnięto z Hiszpanii. Przy mnie odebrał sobie życie.

Nie zapytam, czemu pan tego nie robi, ale świadomość 25 – letniego wyroku dla niewinnego człowieka, za którego pan się uważa, jest straszna. Ma pan rodzinę, której też nie jest łatwo.

Największym zmartwieniem byli właśnie najbliżsi, to jak żona zniesie tę sytuację, jak córki poradzą sobie w pracy. Dziś jestem spokojniejszy. Wiem, że jakoś, w miarę normalnie udaje im się żyć. Wobec siebie jestem jednak szczery. 25 lat to dla mnie dożywocie, choć sąd uważa, że wcale nie pogrążył mnie tym wyrokiem. W uzasadnieniu napisano, że nie zasługuję na dożywocie, ale bez wątpienia następna w kolejności kara, czyli 25 lat będzie dla mnie odpowiednia. Nie wiem, czy to bezczelność, chamstwo, czy, eufemistycznie rzecz ujmując, hipokryzja? Ja mam 70 lat! Żeby było jasne – to stwierdzenie ani mnie ziębi ani grzeje, świadczy natomiast o tym, że sąd to fabryka, która miała za zadanie przemielić sprawę Gołubowicza. I nic więcej. Dać mi wyrok śmierci, bo 25 lat tyle dla mnie znaczy.

Taka kara śmierci bez egzekucji.

Tak jest, bez egzekucji.

A jak przeżyć taką karę śmierci?

Jednej rzeczy trochę się boję. Nie chciałbym odchodzić, wiedząc, że odchodzę.

Dlatego, że jest pan tu, w więzieniu?

Myślałbym, co musi zrobić moja rodzina. I nie chodzi o to, że jestem za kratkami. W ogóle nie chciałbym mieć tej świadomości. Nawet gdyby umierał w domowym łóżku, w betach, w pierzynie, też obawiałbym się kłopotów, które w tej sytuacji spadną na żonę i dzieci.


Wstecz

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz



Current month ye@r day *

Protected with IP Blacklist CloudIP Blacklist Cloud