Gerard król turnusu - Nowiny Zabrzańskie

TA STRONA UŻYWA COOKIE. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Akceptuj pliki Cookies
Więcej informacji

Gerard król turnusu

Gerard Makosz kilka tygodni temu zdobył tytuł króla turnusu. I to nie byle jakiego. Był jednym z 12 uczestników telewizyjnego programu Sanatorium miłości. W Zabrzu pracował jako górnik i ratownik górniczym. Teraz chce pokazać seniorom, jak powinni żyć. Najkrótsza możliwa odpowiedź to: na 100 procent do setki!     

Dużo było niespodzianek podczas nagrywania programu?

Były codziennie. Najlepsza była ta, zorganizowana na lotnisku w Zatorze. Lataliśmy motolotnią. Gdyby nie „Sanatorium”, pewnie nikt z nas nie przeżył tej przygody. Musielibyśmy pokonać własne obawy.

Przed kamerami ich nie było?

Decyzję podejmuję zawsze w ostatniej chwili, ale kiedy już się zdecyduję, nie ma odwrotu. W Zatorze też tak było. Do tego wyzwania zgłosiłem się pierwszy, z Iwonką.

A inne decyzje podjął pan podczas pobytu w Ustroniu? Jakieś życiowe?

Każdy z nas, z całej dwunastki, pewnie chciał wygrać finał, czyli zostać królową i królem turnusu.

Myślałam, że wszyscy zgłosili się, by znaleźć miłość.

Między innymi.

Tylko między innymi?

Trudno jest znaleźć miłość w ciągu miesiąca.

Byli tacy, którym się udało.

Może i tak.

Słyszę, że z naciskiem na może

[śmiech - przyp. red.] Przez „ż”.

Dla tych mniej zorientowanych: mówimy o pani Steni i panu Władysławie. Zadeklarowali, że są parą. Pan twierdzi, że w programie nie tak łatwo znaleźć miłość, m.in. ze względu na krótki czas dany uczestnikom. A obecność kamer nie przeszkadzała? Nie krępowała?

Kamery deprymowały nas tylko na początku. Później przyzwyczailiśmy się. Dzień zaczynaliśmy między godziną 7.00 a godziną 8.00. Zdarzało się, że już wtedy operatorzy wchodzili do naszych pokojów. Czasami, gdy leżeliśmy w łóżkach, padało hasło: „rozmawiajcie, o czym chcecie”. Nie byliśmy reżyserowani. Byliśmy sobą w 100 proc.

Ile czasu spędzaliście codziennie przed kamerami?

Właściwie cały dzień.

Jeden odcinek trwa 45 minut. Nie był pan nigdy zaskoczony wyborem scen, rozmów?

Byłem.

Muszę zapytać w końcu o to, co najbardziej interesuje czytelników o pana relację z panią Iwoną. Udała się państwu chociaż jedna randka bez udziału kamer?

Kiedy przyjechaliśmy na miejsce każdy z nas był zakwaterowany w innym hotelu. Następnego dnia spotkaliśmy się w sanatorium. Od razu był krótkie rozmowy przy stolikach, takie szybkie randki, zaaranżowane przez produkcję programu.

I co? Już wtedy zaiskrzyło między panem i panią Iwoną?

Nie. Wszystko działo się za szybko. Za dużo wrażeń na raz. Mimo tego Iwonka rzucała się w oczy. Wszystkim panom. Chociaż pozostałych uczestniczek też nie dało się zapomnieć. Stenia…

Jest ekspresyjna.

Każda z pań była bardzo interesująca. Każdy, kto oglądał program, stwierdzi to samo.

Turnus się udał.

[śmiech – przyp. red.] Udał się! W pierwszym dniu było również losowanie, decydujące o tym, kto, z kim będzie mieszkał. Pokoje były dwuosobowe, oczywiście nie było mieszanych lokatorskich par. Kobiety zakwaterowano z kobietami, mężczyzn z mężczyznami. Iwonka z Halinką sąsiadowały z nami, czyli ze mną i Waldkiem przez ścianę pokoju. Waldek okazał się fantastycznym kolegą. Dopasowaliśmy się. Jesteśmy przyjaciółmi. Zresztą wszyscy nadal utrzymujemy ze sobą kontakt. Przed świętami Bożego Narodzenia spotkaliśmy się w Warszawie. Prywatnie.

Kogo nie było?

Kilku osób, ale i tak atmosfera była bardzo przyjemna.

Odbiegliśmy od najbardziej frapującego tematu. Powiedział pan, że wszystkie uczestniczki programu były interesujące, wszystkie mogły się podobać mężczyznom. A pani Iwona, z jakiego powodu?

Jest energiczna, wysportowana, rozmowna, inteligentna, pomocna, to świetna masażystka – z  zawodu jest fizjoterapeutką. Historia jej życia świadczy, że ma niezwykły hart ducha. Przetrwała mnóstwo trudnych chwil, a nadal jest pogoda. Nie mogłem za nią nadążyć wzrokiem.

Pani Iwona, pod względem życiowego doświadczenia, nie była jednak w Sanatorium miłości wyjątkiem. Wszyscy mieliście podobne. Podobnie trudne.

Jedni je uzewnętrzniali, inni nie. Ja byłem półsierotą. Taty nie znałem, został rozstrzelany w czasie wojny. Był żołnierzem.

Jak zginął?

Pochodził z Siemianowic. Przyjechał do Niepołomic, tam się urodziłem. Kiedy byłem mały, gdy ktoś krzyknął „Gerard” od razu wiedziałem, że chodzi o mnie.

W Małopolsce to rzeczywiście rzadkie imię, w Niepołomicach znane dzięki pana tacie. Jedna z tamtejszych ulic nosi jego imię.

Tata uczestniczył w akcji, która miała udaremnić przejęcie polskiego złota przez Niemców. Cenny ładunek miał dojechać pociągiem do Warszawy. Ponieważ zagrożenie przechwycenia go przez wroga było duże, pod Rembertowem rozpięto tory. W ten sposób transport został zniszczony. Po zakończeniu akcji, tata dostał rozkaz, by wracać do domu. Do Niepołomic dotarł z 2 kolegami. Przebrał się w cywilne ubrania w domu przypadkowej kobiety. 2 tygodnie później zabrało go gestapo. Był w Krakowie, w więzieniu na ulicy Montelupich. Nigdy nie podpisał volkslisty. Później okazało się, że doniosła na niego kobieta, u której na chwilę się zatrzymał. Denuncjując tatę, chciała ratować swojego męża, złodzieja. O tej historii opowiadałem m.in. podczas spotkań z seniorami w Niepołomicach. W planie mam kolejne.

Pewnie już jako gwiazda telewizji.

Teraz będę opowiadał o sobie oczywiście, jeśli nie przeszkodzi koronawirus. Poza tym piszę biografię.

By napisać biografię, trzeba mieć, o czym opowiadać.

Zacznę od dzieciństwa, później matura i studia na Akademii Górniczo – Hutniczej w Krakowie, choć wcześniej planowałem zostanie prawnikiem.

Dlaczego wybrał pan górnictwo?

Nie wiem, coś mnie do niego ciągnęło. Może ojciec. Na pewno mundur. Na AGH trudno było się dostać. Mnie jeszcze trudniej, bo w liceum skończyłem klasę humanistyczną. Dyplom magisterski obroniłem z wyróżnieniem.

W której zabrzańskiej kopalni pan pracował?

Po drugim roku podpisałem umowę z KWK Zabrze. Było o niej głośno. Biła rekordy w wydobyciu. I to światowe! Momentami żałowałem, bo kopalnie –rekordzistki nigdy nie dawały zarabiać.

To dziwne! Wydawałoby się, że powinno być odwrotnie.

Zarabiali ludzie z oddziałów, gdzie padały rekordy. W KWK Zabrze pracowałem 10 lat, zdobyłem doświadczenie w górnictwie. Byłem też w drużynie ratowniczej.

W pana biografii będzie o ratowaniu innych?

Miałem wypadek w pracy, w KWK Zabrze. 2 miesiące byłem na zwolnieniu lekarskim. Dowiedział się o tym mój profesor z Akademii i zaproponował mi pracę w ministerstwie. Zostałem tam 7 lat. W departamencie górniczym odpowiadałem za bezpieczeństwo. I nadal byłem ratownikiem. Najbardziej pamiętam akcję z 1978 r., w kopalni w Sosnowcu. Tuż przed jubileuszem jej 100 – lecia doszło do zawału w ścianie. Pod ziemią uwięzionych zostało 2 górników. Mój szef w ministerstwa polecił mi jechać do Sosnowca. Zgodnie z prawem, nie powinienem uczestniczyć w akcji, nie podobał mi się jednak sposób jej prowadzenia. Panował bałagan. Przewierciliśmy otwór w chodniku, powiększyliśmy go. Dotarłem do ściany, gdzie był zawał. Usłyszałem głosy górników.

Co pan poczuł?

Wielką radość. I ratunek dla siebie. Gdyby akcja nie powiodła się, wyleciałbym z ministerstwa. Działałem przecież niezgodnie z przepisami. Wszystko działo się nad ranem. Uwięzieni pod ziemią mówili: „nic nam nie jest, mamy jeszcze herbatę i światło”. Byli doświadczonymi górnikami. W końcu położyliśmy ich na nosze, założyliśmy opaski na oczy i wyjechaliśmy. Na nadszybiu byliśmy o godz. 8.00. Dyrektor kopalni płakał, okna biurowca, znajdującego się przy szybie były wypełnione ludźmi.  Kiedy trzeba ratować cudze życie, nie myśli się o swoim bezpieczeństwie. Człowiek po prostu idzie po drugiego. Do dziś tak mam: nie poddaję się w drodze do celu.

Wróćmy do programu. Był pan w Egipcie z panią Iwoną? Gorącą ją pan zachęcał do wspólnego wyjazdu.

Na razie nie powiem.

Pani Iwona spodobała się nie tylko panu.

Walczyliśmy o nią w trójkę. Wojtek…

Pan Wojtek na koniec zadeklarował, że do Sanatorium zgłosił się nie po to, by szukać miłości, ale by odnaleźć najstarszą córkę.

Nie wiedzieliśmy o tym. Nic nie powiedział, ale było widać, że Iwonka mu się podoba. Wojtek był mocnym konkurentem, prawdziwym zagrożeniem. Jest bardzo inteligentny, gra w teatrze, ładnie mówi. Niezależnie od tego, polubiliśmy się.

A drugi rywal?

Pan Waldek, mój współlokator. Zaczął narzekać, że boli go ramię, a Iwonka jest przecież masażystką.

Naprawdę go bolało?

Myślę, że potrzebował pomocy. Iwonka masowała go u nas w pokoju. Obserwowałem ich. Ja się nie zgłosiłem do masowania, bo mnie nic nie dolegało. Później okazało się, że Waldek piszę wspaniałe wiersze. No i zaczął pisać je dla Iwonki.

Wszystkie chciałybyśmy być czyjąś muzą.

Kobiety są łase na podobne kompletny.

Co sprawiło, że zdobył pan przewagę nad konkurentami? Pani Iwona, po otrzymaniu tytułu kuracjuszki tygodnia mogła zdecydować, z kim pójdzie na randkę. Wybrała pana. Mam nawet wrażenie, że wcale się nie wahała. To podczas tego spotkania zaproponował pan wspólny wyjazd do Egiptu.

Kiedy oglądam zdjęcia z Ustronia, na prawie każdym jesteśmy obok siebie.

Niby przypadkiem, ale nie przypadkiem.

Tak się jakoś zdarzało, że bywaliśmy blisko siebie. Przecież nie ustawialiśmy się, nie chodziliśmy za rączkę. W Zatorze sytuacja się powtórzyła – prawie jednocześnie, jako pierwsi zgłosiliśmy się do lotu motolotnią. Mimo tego uważam, że miłość nie rodzi się w ciągu miesiąca. Na razie przyjaźnimy się, podobamy się sobie.

Ogródek w Radomsku już pan skopał?

Nie opowiem. Mogę natomiast powiedzieć, że dwa razy zaprosiłem Iwonkę na randkę. Prywatnie.

Piła kawę w Zabrzu?

Piła. Te spotkania nas zbliżają.

Czym pan ujął panią Iwonę? Dotąd chwalił pan swoich rywali pan Wojtek gra w teatrze, pan Wojtek pisze wiersze. A pan?

Lubię sport. Mimo mojego wieku, jestem sprawny, a przecież metrykalnie, z Iwonką dzielą nas lata świetlne. Komentarze są fatalne. To chyba zazdrość.

Ich autorzy krytykują różnicę wieku?

Tak. Wypominają mi też, że za dużo mówię o seksie.

Co takiego powiedział pan o seksie, że zawrzało?

Że go lubię. Ktoś dopowiedział, że chciałbym mieć partnerkę młodszą od siebie. Pojawiły się komentarze, na szczęście nieliczne, zaczynające się od słów: „stary dziadek…” Niektóre panie nie mogą znieść różnicy wieku, która dzieli mnie i Iwonkę. Zarzucają mi, że dużo mówię o seksie, tymczasem wypowiadając się na mój temat, same to robią. Insynuują, że w łóżku między mną a Iwonką nie zagra. A skąd to wiedzą? Zarzucają mi, że całuję kobiety. W programie dwa razy pokazano, gdy całowałem Bożenkę.

W Sanatorium były odważniejsze sceny. Widziałem męskie dłonie  wędrujące po kobiecym ciele podczas relaksu w jacuzzi.

Mówi pani o Władku i Bożence, naszej „Amerykance”.

Powiedział pan, że podczas nagrywania programu trudno było znaleźć miłość. Pan miał żonę, a do niedawna partnerkę. Ten drugi związek zakończyła śmierć. Byliście razem 14 lat.

Gina mieszkała w Rudzie Śląskiej. Spotykaliśmy się regularnie.

Nie mieszkaliście razem?

Mieliśmy to w perspektywie. Nie narzekaliśmy jednak na układ – każdy pod swoim dachem.

A teraz chciałby pan inaczej żyć w nowym związku?

To bardzo trudne. W naszym wieku każdy ma swoje przyzwyczajenia, rodziny. Ja mam córkę, Tatianę. Iwonka, gdyby nam się udało, ma syna. Obydwoje mamy wnuki. Ona ma dom, ja mam dom. I to wcale nie tak, jak wydaje się autorom internetowych komentarzy, twierdzącym, że Iwonkę skusił mój gruby portfel. Sama też pracowała zagranicą, przeszła przez ciężkie chwile. Pierwszy związek się rozpadł, drugi mąż zmarł. Ona, jak ja, chce spokoju. U Giny, mojej partnerki, choroba dała o sobie znać błyskawicznie. Pewnej niedzieli dotknęła się za uchem – guzek, za drugim to samo. Następnego dnia poszła do lekarza i od razu trafiła do szpitala. Leczyła się 3 lata. Wydawało się, że jest dobrze. Lekarka nawet powiedziała: „wreszcie zabiliśmy tego drania”. Tydzień później zachorowała na półpaśca. Organizm był osłabiony. Szybko przegrał. To było straszne przeżycie. Gina była świetną kobietą. Nigdy nie kłóciliśmy się, nie popatrzyliśmy na siebie krzywo. Inaczej niż z żoną.

Ale z żoną pan mieszkał, mieliście więcej wspólnych, codziennych spraw. Dziecko.

Oczywiście. W małżeństwie jest inaczej. Po rozwodzie córka została ze mną. To dla mnie wielki komplement.

Jak pana bliscy ocenili udział w programie?

Namówiła mnie daleka kuzynka. Powiedziała, że nadawałbym się. Nikomu nie powiedziałem o zgłoszeniu do castingu. Był bardzo trudny.

Dlaczego?

Bo 4 – etapowy. Najpierw należało przesłać swoje zdjęcie i napisać o sobie. Później dostałem ankietę z 24 pytaniami. Dotyczyły mnie, mojego życia, hobby, tego, czy mam tabu.

Ma pan tabu?

Nie mam. Mogę rozmawiać o wszystkim. Poza wypełnieniem ankiety, trzeba było jeszcze nagrać 5 – minutowy film o sobie. Później zostałem zaproszony do Warszawy. Uprzedzono, że będę pytany przed kamerami, choć oczywiście nie wiedziałem, o co. Pojechałem, wszedłem i zobaczyłem kilkunastoosobową komisję, składającą się wyłącznie z młodych ludzi. Światło na mnie, naprzeciw kamery, 2 reżyserki. Rozejrzałem się i zażartowałem: „czy jestem w przedszkolu?”. Ryknęli śmiechem. Trema szybko minęła. Zapytali mnie m.in. o seks. Odpowiedziałem, zgodnie z prawdą, że lubię. Później był już ostatni etap – pojechałem do Warszawy, na spotkanie z panią psycholog. Musiałem odpowiedzieć na 224 pytania.

Kuzynka powiedziała, że Sanatorium miłości to program dla pana. Rzeczywiście był? I dlaczego pan się zgłosił?

Uznałem, że to wyzwanie. Kolejne. Dla mnie wielkim sukcesem był sam fakt znalezienia się w gronie uczestników.

Nie spodziewał się pan, że zostanie królem turnusu?

Wtedy nie.

A kiedy?

W ogóle się nie spodziewałem. Mam dwie życiowe zasady: walczyć do końca i trzymać się środka. Ta druga to właściwie rada mojego profesora z AGH. Tłumaczył, bym nigdy nie wychodził do przodu i nigdy nie był na końcu. Mówił, że w wojsku, do mycia posadzek, skrobania kartofli kapral zawsze bierze trzech z początku lub trzech z końca szeregu.

A moja pani profesor mówiła, że ciągłe chodzenie środkiem to życiowe cwaniactwo.

Środek jest doskonałym punktem do obserwacji. Daje szanse na podejmowanie lepszych decyzji.

Obserwacje w Sanatorium przydawały się? Stosowaliście strategie?

Nie stosowaliśmy. Niczego nam nie narzucano, byliśmy od początku do końca sobą. Zarzuty, że nas reżyserowano są nieprawdziwe.

Nie ma pan jednak wrażenia, że niektórzy uczestnicy grali, za wszelką cenę chcieli zdystansować innych?

Nie mam. Natomiast podczas naszego bożonarodzeniowego spotkania w Warszawie, każdy przyznał, że chciałby przeżyć radość bycia królową i królem turnusu. Wojtek zdobył punkty za płacz w ostatnim odcinku.

No właśnie! Łzy! Czy Sanatorium miłości nie posługuje się łatwym i powszechnie stosowanym patentem na zdobywanie przychylności widzów grą na emocjach? Mnóstwo jest telewizyjnych programów, których bohaterowie opowiadają o swoim trudnym życiu, a na koniec relacji płaczą.

W „Sanatorium” tak nie jest. Chcieliśmy pokazać przede wszystkim siebie. I pokazać ludziom w naszym wieku, a nawet młodszym, jak można żyć.

Jak może, powinien żyć senior?

Trzeba być zdyscyplinowanym.

Nie odpuszczać sobie.

W niczym.

A pan, w czym sobie nie odpuszcza?

Nie jestem leniem. Wstaję o godz. 7.00. Po porannej toalecie przygotowuję kawę, jem płatki.

Zdrowe śniadanie.

Wyłącznie zdrowe! Chodzę na fitness, regularnie, do klubu w centrum miasta. Mam tam przyjaciół. Tworzymy grupę młodzieży trzeciego wieku. A propos nieodpuszczania – sam dbam o ogród wokół domu, biegam po lesie, 3 – 4 km. Jeśli pogoda jest zła, jeżdżę na rowerze stacjonarnym. Ćwiczę z hantlami, pływam.

W niczym pan nie odpuszcza. Nigdy też?  

Zdarzało się, że rezygnowałem ze sportu. Na studiach musiałem się uczyć i to dużo, bo w liceum byłem humanistą. Po ślubie żona zakazała mi biegać. Mówiła, że to będzie źle wyglądało. Jakby kobiety ganiał.

Jak pan zaaklimatyzował się w Zabrzu? Przeskok z małego, uroczego, małopolskiego miasteczka do dużego, kopcącego miasta był pewnie duży.

Ogromny. Początki w Zabrzu były trudne. Słyszałem, jak inni pytali o mnie: „To nasz, czy gorol?”.

Gorol.

No właśnie nie do końca. Bo Gerard. Ale stamtąd. Najpierw była nieufność, na szczęście szybko udało mi się ją pokonać.

To na koniec zapytam jak Marta Manowska, przynajmniej tak mi się wydaje: Co dał panu udział w Sanatorium miłości

Otwartość. Przede wszystkim na ludzi.

rozmawiała MARZENA PIECHOWICZ-GRUDA


Wstecz

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz



Current month ye@r day *

Protected with IP Blacklist CloudIP Blacklist Cloud