Dziewczyna, która znokautowała raka - Nowiny Zabrzańskie

TA STRONA UŻYWA COOKIE. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Akceptuj pliki Cookies
Więcej informacji

Dziewczyna, która znokautowała raka

Sandra Jordan postanowiła, że jeśli już coś musi jej szkodzić, to niech szkodzi to, co sama wybierze. Czyli boks. Alternatywą były tabletki na raka, powodujące stałe uczucie nudności i częste wymioty. Dziś dla lekarzy w Wielkiej Brytanii jest namacalnym przykładem tego, co w medycynie się zdarza. Cudu.

- W szpitalu modlili się nade mną. Były niewielkie szanse, że uda mi się wyjść z choroby. Zresztą tak się czułam. Tak kiepsko. Leżałam i  spałam. Nie pozwalałam nawet dzieciom na odwiedziny. Marzyłam jedynie o odpoczynku – mówi Sandra o drugiej z czterech operacji, które przeszła w Londynie. O tym, że po raz kolejny nowotwór jej o sobie przypomniał dowiedziała się w 29. urodziny. Po skończonej operacji, lekarz przyszedł z wielkim czekoladowym tortem i życzeniami sił na wojnę, która właśnie się szykowała.

Z rakiem znamy się od dawna

– Rak nie był dla mnie nowością. Znamy się od dawna. Osobiście, od kilkunastu lat. Wtedy zdiagnozowano u mnie nowotwór skóry. Fakt, że później znów zachorowałam z pewnością jest konsekwencją tamtych wydarzeń. Wtedy miałam pokiereszowano rękę, teraz i rękę i wnętrze. Lekarze usunęli m.in. macicę. Zrobili wszystko, by ocalić jajniki. Na szczęście udało się. Dzięki nim mój organizm zachował równowagę hormonalną – opowiada. Znacznie gorzej było z resztą. Poza fatalnym samopoczuciem, Sandra Jordan miała ogromny kłopot ze wstaniem z łóżka. Chodzenia uczyła się od nowa.- Mam te same problemy, co kobiety po mastektomii, tylko w większej skali. Im puchnie ta ręka, która sąsiadowała z usuniętą piersią. Mnie puchną obydwie nogi, bo podczas operacji wycięto część znajdujących się w pobliży węzłów chłonnych. Czasami tak zmieniają się moje obwody, że muszę nosić większe ubrania. Ale zawzięłam się. Trenowałam codziennie, z pomocą dzieci. Najpierw bez spektakularnych wyczynów. Na te czas przyszedł później. W asyście córki kładłam na przemian jedną i drugą nogę na dużą piłkę. Fakt, że dziś zaskakuję lekarzy to zasługa Andrei i Doriana oraz sportu. Z opuchlizną sobie nie poradziłam, bo się nie da. Ale chodzę, a nawet znacznie więcej – trenuję boks z najlepszymi. Terapeutyczne znaczenie potomstwa nikogo nie  powinno dziwić. Na nogi postawiło już niejedną matkę. Ale u Sandry Jordan motywacja wypływająca z macierzyństwa była jeszcze silniejsza. – Wiedziałam, co przeżywa moja córka. Gdy patrzyłam na nią, widziałam siebie: 10 – letnie dziecko, które siedziało przy szpitalnym łóżku mamy i czytało jej książki. Po 2 lata zmagań, zmarła. Wygrał rak piersi, ja trafiłam do domu dziecka. Wtedy pierwszy raz spotkałam się nowotworem. Osobiście poznałam go 5 lat później. Miałam chorobową zmianę na ręce. Po operacji, dzięki hojności Sarah Freguson, pojechałam do sanatorium na długi pobyt. Było cudowanie. Odpoczęłam i na zawsze zapamiętam, że był ktoś, kto zapłacił za nasz wypoczynek i rehabilitację. Również za sprawą tego wspomnienia założyłam rękawice i stanęłam na ringu.

Dzieci są moimi przyjaciółmi

Córka Sandry Jordan ma dziś 10 lat, Dorian 7. – Są moimi przyjaciółmi. Żartuję, że nie mam wyboru, że muszę mieć z nimi dobre relacje, bo innych dzieci już mieć nie będę. Nie mam przecież macicy. Wspólnie przeszyliśmy wiele trudnych chwil. Nie tylko moją chorobę. Kiedy urodziła się Andrea nie pozwolono mi jej nawet przytulić. Słyszałam krzyki personelu: „ratujcie dziecko!”. Przeszła sepsę, miała gronkowca, niedotlenienie mózgu. Szwankowały nerki, więc ciągle gnębiły ją infekcje. Okazało się, że niewłaściwie działa układ pokarmowy. Konieczna była operacja żołądka. Przeprowadzono ją pod okiem prof. Janusza Bohosiewicz, tego samego lekarza, który kilkanaście lat wcześniej operował mnie. Andrea ma za sobą 4 – letnią rehabilitację. U mojego syna zdiagnozowano łagodny nowotwór skóry. Wyjazd do Wielkiej Brytanii stał się koniecznością. Musiałam oddać zobowiązania, które zaciągnęłam podczas choroby córki. I choć jechałam po pieniądze, zarobiłam znacznie więcej niż się spodziewałam. Wygrałam życie. Sandra Jordan jest przekonana, że w pokonaniu raka pomógł jej wyspiarski system ochrony zdrowia.  Znacznie lepszy od polskiego. Tam od diagnozy do leczenia sprawy toczą się błyskawicznie, czyli tak jak powinny w przypadku nowotworów. – W Anglii jestem na liście osób śmiertelnie chorych. Nie myślę o tym, bo ta świadomość ciągnie człowieka w dół. Ale jak w każdej i w tej sytuacji są dobre strony. Mam przywileje, które nie wszystkim przysługują. Komunikacją miejską poruszam się za darmo po to, bym nie miała kłopotu z dotarciem do lekarza. Dostałam też mieszkanie. Muszę za nie płacić, ale sobie radzę. Dzień, w którym odbyła się moja walka bokserska był jednocześnie ostatnim zwolnienia lekarskiego. Do Wielkiej Brytanii przyjechałam nie po to, by wyciągać rękę po pieniądze, ale by je zarabiać. Ten kraj stwarza do tego doskonałą okazję. Dobrze mają się w nim ci, którzy chcą pracować. Otrzymują pomoc. Obiboków nikt nie wspiera. Pracuję w recepcji hotelu, ale mam nadzieję na etat w moim ukochanym miejscu – siłowni, w której trenuję boks i w której przygotowywałam się do pierwszej walki.

Ze szpitala na ring

Informację o corocznej zbiórce pieniędzy na leczenie nowotworów i o charytatywnej gali bokserskiej Sandra Jordan przeczytała przypadkiem. Pomyślała, że to coś idealnie dla niej – mogłaby wspomóc tych, którzy jak ona biją się z rakiem no i wreszcie na poważnie zająć się boksem, który kiedyś trenowała. Ale innego zdania byli lekarze. Uważali, że sport jej zaszkodzi. – Wtedy pomyślałam sobie tak: skoro szkodzą mi tabletki, bo czuję się po nich fatalnie oraz boks, to chcę, żeby szkodziło mi po mojemu. I wybrałam ring. Trafiłam pod skrzydła prawdziwych mistrzów, ale musiałam więcej od pozostałych. Nie tylko trzeba było podołać fizycznemu wysiłkiem, ale również zmierzyć się z chronicznym bólem. Długo nikomu nie przyznawałam się do choroby. W końcu jednak musiałam. Obowiązkiem każdego trenującego było wypełnienie karty zdrowotnej. Długo zwlekałam z jej oddaniem, a kiedy już ją pokazałam, zebrałam gratulacje. Przez trenerów byłam podawana za przykład kogoś, kto wiele osiągnął. 30 września zabrzanka otworzyła charytatywną galę, walcząc z inną Polką. Mamę obserwowali Andrea i Dorian. – Zasady zostały trochę zmienione. Nie było nokautów, miała być pozytywna energia. I była. Wygrałam swój pojedynek, a po jego zakończeniu wzięłam moją przeciwniczkę na ręce i zakręciłam nią. Nie obawiałam się reakcji dzieci na moją obecność w ringu. Chodziły ze mną na treningi. Na pierwszym miejscu nikt z nas, zawodników, nie stawiał zwycięstwa, więc nie było ostrych starć. A co najważniejsze wiem z czasów leczenia, że Andrei i Dorianowi bardzo zależy na tym, byśmy byli razem. Nawet kiedy przychodziłam pod szkołę o kulach, zgięta w pół z bólu, cieszył ich mój widok. Sandra Jordan nie ma zamiaru zrezygnować z boksu. Sport, jej zdaniem, oczyszcza umysł, a chorym na raka i tym, którzy na niego chorowali trzeba tego bardziej niż innym. – Nie zawsze byłam silna, nie zawsze miałam wolę walki. Po drugiej operacji, po moich 29. urodzinach byłam tak słaba, że nie mogłam utrzymać bochenka. Ale jestem jak każda matka – prędzej czy później wszystkie się zbieramy. Dla dzieci.


Wstecz

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz



Current month ye@r day *

Protected with IP Blacklist CloudIP Blacklist Cloud