Dla byłych więźniów najważniejsze są relacje z ludźmi - Nowiny Zabrzańskie

TA STRONA UŻYWA COOKIE. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Akceptuj pliki Cookies
Więcej informacji

Dla byłych więźniów najważniejsze są relacje z ludźmi

Stowarzyszenie i Fundacja Pomost pomagają byłym więźniom wrócić do społeczeństwa. Założyciel Pomostu Edward Szeliga liczy, że idee z Zabrza rozpowszechnią się w Polsce.

Ich siedziba jest w Zabrzu, tu działa ośrodek resocjalizacyjny, tu tez powstały pierwsze mieszkania dla podopiecznych Pomostu.

* Powiedz, co jest najtrudniejsze po wyjściu z więzienia?

Zazwyczaj nie ma się gdzie podziać, często nie czeka na więźnia rodzina, przyjaciele. Do tego, jeśli pobyt w zakładzie był długi, zmienia się rzeczywistość wokół nas. Proszę pomyśleć, jaki szok kulturowy i społeczny przeżyłby dziś ktoś, kto wyszedłby po 20 latach odsiadki. My proponujemy roczny program, w czasie którego chcemy wyposażyć więźniów w umiejętności, które stracili albo które zatarły się podczas siedzenia w więzieniu, pomóc w najprostszych rzeczach, np. jak się komunikować, jak wejść na rynek pracy, jak sobie poradzić z uzależnieniem, jak na nowo nawiązać relację z rodziną – synem, córką, żoną, partnerką. Potem też będą mieli wsparcie, ale już nie jako mieszkańcy.

* Miasto przekazało na potrzeby Stowarzyszenia i Fundacji Pomost lokal przy ul. Wolności, o powierzchni 300 m kw. Powiedz, co się w nim znajduje?

Działa w nim punkt konsultacyjny, w którym można porozmawiać z konsultantem pierwszego kontaktu, prawnikiem, psychologiem, terapeutą, mediatorem. Są tu również mieszkania dla osób opuszczających zakłady karne, sale warsztatowe, gdzie prowadzone są zajęcia terapeutyczne. Teraz remontujemy też mieszkanie w Mikulczycach, do których przeprowadzą się osoby, które kończą nasz roczny program. To drugie takie mieszkanie dla byłych więźniów, pierwsze dzierżawimy od Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie.

* Ile osób już skończyło wasz program resocjalizacyjny?

W ubiegłym, pierwszym pełnym roku działania, nasz 12-miesięczny program adaptacyjny skończyło 16 osób. Wszystkie sobie radzą, nikt nie wrócił do zakładu karnego. Część mieszka u nas, część stara się o mieszkania do remontu z miasta, kilku wyjechało za granicę. Teraz w programie mamy kolejnych 24 podopiecznych. W tym miesiącu skończy go następnych 5 osób i to właśnie oni pójdą na mieszkanie w Mikulczycach.

* Czym różni się pobyt w ośrodku od życia w samodzielnym mieszkaniu, nad którym też macie pieczę?

Tu przez rok pracujemy z nimi, by nauczyli się na nowo wejść w społeczeństwo. Kolejny rok mogą przebywać w naszym mieszkaniu po to, by w praktyce sprawdzili to, czego się nauczyli. Tu jest wsparcie, terapeuci, doradcy, całkowita abstynencja. Tam – muszą radzić sobie sami. Wszystkie życiowe decyzje podejmują samodzielnie i ponoszą ich konsekwencje.

* Jak to się sprawdza?

Sam jestem zaskoczony, że aż tak dobrze. Podopieczni w większości pracują, sami się utrzymują, generalnie – radzą sobie. W ubiegłym roku z 23 osób program ukończyło 16, ponad 60%. Jestem z tego wyniku zadowolony. My od początku oddajemy maksymalną odpowiedzialność w ręce podopiecznych. Zawieramy z nimi kontrakty, są plany działań, które trzeba realizować. Ale prócz tego mają wolną rękę, ich jedyny obowiązek to powrót do ośrodka przed godz. 23.00. No i muszą być trzeźwi.

* Prowadzisz też zajęcia dla tzw. trudnej młodzieży.

To program, realizowany przez Fundację Rozwoju Ekonomii Społecznej, ja jeżdżę tam jako terapeuta. Miasto stworzyło coś w rodzaju getta – wszystkich ludzi z eksmisji wpakowali w jedno osiedle. Szybko przestali sobie z nimi radzić. Wtedy tamtejszy ośrodek społeczny poprosił nas o pomoc. Jeździmy tam drugi rok. Moim zdaniem można tamtejszą młodzież stawiać za wzór dzieciom z tzw. dobrych domów. Im się po prostu chce. W wielu miastach osiedla są wyludnione, bo dzieciaki siedzą przed komputerem lub telewizorem. A tam wszyscy są na podwórkach i rozmawiają ze sobą, wymyślają, mają pomysły, robią plany. Tam się rzuca hasło i po chwili jest 25 chętnych do realizacji.

* Ale chyba problemów nie brakuje?

Oczywiście, ale to raczej kwestia wzorców, które mają w domach. To z tego powodu sięgają po alkohol, narkotyki. Winny jest też brak opieki ze strony rodziców. Ale jeśli poświęci im się trochę czasu i uwagi, efekty są zadziwiające.

* Wspieracie też rodziny więźniów.

To jeden z elementów pomocy dla naszych podopiecznych. Sytuacje są różne. Pomagamy albo scalić rodzinę na nowo, albo, gdy nie ma na to szans, w cywilizowany sposób się rozstać. Trafiają się rozmaite sytuacje – był gość, który przez 35 lat nie widział swojej siostry, inny przez 17 lat nie miał kontaktu z córką. Pomagamy nawiązać i odbudować na nowo te relacje.

* Wokół Pomostu powstała cała społeczność – osoby, które są w programie, terapeuci, wolontariusze, ci którzy skończyli, ich rodziny.

Jesteśmy obecni w zakładach karnych na całym Śląsku. Prowadzimy rozmaite zajęcia edukacyjne, dotyczące uzależnień, edukacji w zakresie HIV, AIDS, prowadzimy grupy wsparcia, mamy też asystentów osób odbywających karę więzienia. Tą formą opieki obejmujemy tych, którzy mają mniej niż 12 miesięcy do końca kary. Część z nich trafia do naszego ośrodka i wtedy ten asystent dalej ich prowadzi.

* Które obszary w waszej działalności uważasz za najważniejsze?

Przede wszystkim relacje międzyludzkie. W zakładach karnych opierają się one na przemocy – fizycznej, słownej, zastraszaniu. Tam się sprawdzają, ale po wyjściu już nie. Potem – relacje w rodzinie. Często efektem więzienia jest emocjonalne odrzucenie przez bliskich. Pracujemy, by to poprawić, by je odbudować. Trzecia płaszczyzna – uczymy, jak utrzymać pracę. Byli więźniowie nie mają wbrew pozorom problemów z jej znalezieniem, bo mają silną motywację, ale z utrzymaniem – już tak. To wiąże się z ich małymi umiejętnościami interpersonalnymi.

* Co sądzisz o nowym pomyśle ministerstwa sprawiedliwości, by przy niektórych zakładach karnych budować hale produkcyjne, w których więźniowie mogliby dobrowolnie pracować? Jedna z nich ma powstać w Zabrzu.

Pomysł niby jest fajny. Jednak nie do końca rozumiem, jaki jest tego cel. My robimy niby to samo – przygotowujemy więźniów, by umieli odnajdywać się między innymi ludźmi. Więźniowie są przyzwyczajeni do tego, że instytucje wyręczają ich z obowiązków – płacenia rachunków, prania, gotowania, zakupów, sprzątania. My staramy się odwrócić ten proces. Z takiego punktu widzenia ten ministerialny program ma sens. Z drugiej strony – niewiele się zmienia w samych relacjach. Nadal największą część robi za nich instytucja. A to relacje są najistotniejsze, ważniejsze nawet, jak wynika z naszych doświadczeń, niż uzależnienia. Te często są wtórne, są skutkiem, a nie przyczyną.

* Program, według którego działacie, opracowano na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Opowiedz o tej współpracy.

To właśnie KUL opracował ten program resocjalizacyjny, który tu realizujemy. Teraz razem z nimi złożyliśmy duży projekt unijny, dzięki któremu liczymy na upowszechnienie naszych działań w całej Polsce. Jako praktycy możemy powiedzieć naukowcom, które z ich propozycji i zaleceń najbardziej sprawdzają się w praktyce, o co ich program należy poszerzyć, a z czego można zrezygnować. Uważam, że w Zabrzu udało nam się stworzyć interdyscyplinarny zespół ludzi zaangażowanych i kompetentnych, są wśród nich pracownicy MOPR, kuratorzy sądowi, pracownicy PUP i zakładu karnego. Wszyscy razem realizujemy ten sam plan, którego celem jest pomoc osobom, opuszczającym zakład karny. Kilka miast w Polsce chce, byśmy u nich utworzyli filie. To jednak nie jest proste, m.in. ze względu na koszty.

* No właśnie – jak finansowana jest wasza działalność?

Już teraz nasze działania odniosły skutek, bo z pieniędzy publicznych są finansowane działania postpenitencjarne, resocjalizacyjne. Wcześniej ta dziedzina nie istniała, choć były konkursy dla dzieci, dla uzależnionych, bezdomnych, niepełnosprawnych. My mogliśmy starać się o dofinansowanie tylko z funduszy ministerstwa sprawiedliwości, gdzie maksymalnie na projekt można otrzymać 80 tysięcy złotych. Tymczasem utrzymanie naszego ośrodka to kwota 450 tysięcy złotych rocznie. Zabrze chyba jako pierwsze w Polsce ogłosiło konkurs na resocjalizację osób po wyjściu z więzienia. Potem podobny ogłosił Regionalny Ośrodek Pomocy Społecznej, teraz coraz częściej robią tak inne miasta. Staramy się, gdzie tylko można, o pieniądze, by ten ośrodek utrzymać, choć nie jest łatwo. Mimo to chciałbym docelowo otworzyć kilka ośrodków, podobnych do tego, który mamy w Zabrzu. Wiem, że jest taka potrzeba. Liczę, że w ciągu kilku najbliższych lat się to uda.


Wstecz

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz



Current month ye@r day *

Protected with IP Blacklist CloudIP Blacklist Cloud