Archeologiczne, przemysłu i techniki, a w końcu Miejskie. Muzeum ma 85 lat - Nowiny Zabrzańskie

TA STRONA UŻYWA COOKIE. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Akceptuj pliki Cookies
Więcej informacji

Archeologiczne, przemysłu i techniki, a w końcu Miejskie. Muzeum ma 85 lat

Wypchanego niedźwiedzia raczej nikomu nie było żal – zbieracza kurzu i siedliska nieprzyjaznych mikroorganizmów. Ale numizmatów, kolekcji broni, kości plejstoceńskich zwierząt, dwóch zabytkowych motocykli i eksponatów archeologicznych już tak. Zbiory Muzeum Miejskiego zubożały, gdy PRL – owskie władze wahały się, jaki profil nadać reaktywowanej placówce. Po 85 latach działalności zabrzańskie ma jednak, czym się pochwalić. Kolekcje: malarstwa nieprofesjonalnego, eksponatów zawiązanych z działalnością Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie oraz sztandarów, obrazujących życie społeczne miasta są cenione daleko poza Zabrzem.

- Po 1989 r. wreszcie można było pokazywać historię taką, jaka była. A w przypadku Zabrza, w dużej części była niemiecka.  Do zakończenia II wojny światowej znaczna część naszego miasta leżała przecież za granicą Polski. Pamiętam jednak, że nawet po demokratycznym przełomie, po wyprostowaniu wielu spraw, były osoby, które oburzał ten fakt. Taki, że o historii miasta nie sposób mówić bez odniesień do Niemiec. Kilka lat temu Muzeum przygotowało wystawę, pokazującą propagandę z czasów plebiscytu. Prezentowano przykłady niemieckiej, ale również i polskiej agitacji. Nie mogło być inaczej. Oczywiste jest, że żadna ze stron nie milczała, że każda starała się przekonać do swoich racji – mówi Piotr Hnatyszyn, kierujący działem historii Muzeum Miejskiego.

Plebiscytowa agitacja była otwartą walką na słowa i argumenty, o rząd nad narodowością dusz. Ale i później toczyła się ta sama gra, a zabrzańskie muzeum, pod zmieniającymi się nazwami, było jej narzędziem. Gdy zadekretowano jego utworzenie, w 1935 r., jako Miejskiej Izby Regionalnej, a od 1938 r. jako Miejskiego Muzeum Regionalnego udowadniało, że Zabrze, jak cały Śląsk są rdzennie niemieckie. Ten sam cel realizowało po II wojnie światowej. Z jedną różnicą – wtedy należało pokazywać polskość regionu.  – Kilka lat temu, trochę z przypadku zacząłem tworzyć Słownik Żydów w Zabrzu. To imienna lista mieszkańców wyznania judaistycznego i podstawowe informacje na ich temat. Wielu z nich deklarowało narodowość niemiecką. W I wojnie 67 żydowskich zabrzan zginęło walcząc w pruskiej armii, 2 poległo w starciach z powstańcami śląskimi. Te przykłady pokazują dwie rzeczy: poza rzucającą się w oczy ironią losu, także złożoność narodowej tożsamości na Śląsku. U nas można było być i tym i tym, bez rozdwojenia jaźni – dodaje Piotr Hnatyszyn.

Mimo konieczności uświadamiania mieszkańcom, że Zabrze od pradawna było niemieckie, impuls do powstania muzeum był inny. Bardziej prozaiczny. W kwietniu 1935 r. w zawodowej szkole rzemieślniczej, przy placu św. Kamila zaprezentowano wystawę „Naród i gospodarka”, przygotowaną przez Związek Niemieckich Inżynierów. Przy okazji swoje zbiory pokazał kierujący nią Kurt Vieth, prywatnie miłośnik historii Górnego Śląska. Od tej pory sprawy potoczyły się szybko. Nadburmistrz miasta, Max Fillusch polecił rektorowi pracę nad izbą regionalną, podobną do tych, jakie funkcjonowały w innych miastach. Za miedzą powstawały jednak oddolnie, tworzone przez grupy zapaleńców. W Zabrzu, sprawy w swoje ręce musiała wziąć administracja samorządowa. Jeden miłośnik historii – Kurt Vieth – to byłoby za mało, by uruchomić w mieście placówkę muzealną.

Miejska Izba Regionalna oficjalnie została zadekretowana pismem Przewodniczącego Okręgu Rejencyjnego w Opolu, 3 października 1935 r. Znalazła skromny dach nad głową – dwa pomieszczenia w budynku administracji rzeźni, przy dzisiejszej ulicy Szczęść Boże. Wcześniej odmówiono jej gościny w szkołach przy placu św. Kamila oraz ewangelickiej, przy obecnej ulicy 3 Maja. Pierwsi zwiedzający weszli do Izby 1 kwietnia 1936 r. Kierował nią inspektor miejski Theodor Jurok. Ze względu na frekwencyjny sukces przedsięwzięcia – w pierwszym roku działalności odwiedziło ją 277 osób, w drugim już ponad 4 razy więcej – zdecydowano o przeprowadzce. Nadburmistrz wspomógł placówkę finansowo. Przeniosła się do 6 pomieszczeń na parterze prywatnej kamienicy, przy placu Krakowskim. W nowej lokalizacji wykonano remont i w maju 1938 r. uroczyście otwarte zostało Miejskie Muzeum Regionalne. Już 2 lata później miasto stało się właścicielem nieruchomości z przyległym do niej ogrodem. Wtedy pojawiły się nowe plany inwestycyjne. Ambitne. Dach miał zostać podniesiony, a uzyskaną w ten sposób przestrzeń miały zająć kolejne sale wystawowe. W projekt wpisano też atelier dla artystów, a w ogrodzie budowę siedziby archiwum miejskiego. Z kamienicą miało być połączone przejściem przez podwórze. Niestety, z inwestycji nic nie wyszło. Jej kres, na zawsze położyła II wojna światowa. Znacznie później wizja rozbudowy została wskrzeszona, ale wyłącznie na papierze. Pracownicy Muzeum Miejskiego przez jakiś czas żyli nadzieją, że kiedyś się spełni. Do chwili, gdy w 2005 r. zostali zmuszeni do wyprowadzki z placu Krakowskiego.  Kamienicę wyłączono wtedy z użytku, ze względu na fatalny stan techniczny.

Ale pierwszy raz, w opłakanym stanie znalazła się po II wojnie światowej. Do wnętrza wpadł granat, robiąc wyrwę w ścianie. Słabo zabezpieczona, została dewastowana. Zbiory w części rozszabrowano. Wcześniej, bo 1943 r. Niemicy wywieźli najcenniejsze eksponaty, prawdopodobnie do klasztoru w Prudniku. Te, które zostały i które kojarzyły się wówczas z niechlubną, bo niemiecką przeszłością miasta często były niszczone. Przepadły m.in. organy z drewnianego kościoła pw. św. Andrzeja, który istniał do 1867 r., rzeźby w węglu, stroje ludowe. Ocalało 346 eksponatów, czyli niewielki fragment przedwojennych zbiorów.

Reaktywacja muzeum, tym razem z przymiotnikiem miejskie w nazwie, nastąpiła w czerwcu 1945 r. Jego kierownikiem został archeolog, Kazimierz Żurowski. I jak przystało na powojenne czasy, nowy szef musiał się zmierzyć z brakiem wszystkiego: od biurowych materiałów, przez wybrakowane sale wystawiennicze po skromny skład personelu. Poza kierownikiem, w muzeum był etat dla pracownika naukowego, laboranta, sprzątaczki i dozorcy. Bogactwo panowało za to w działach, funkcjonujących w placówce. Miała eksponaty prehistoryczne, etnograficzne,  plastyczne, z przemysłu artystycznego, dokumentujące historię i rozwój przemysłu. Taka różnorodność oznaczała jedno: że trzeba będzie zawęzić specjalizację.

Za pierwszym razem, odgórnie uznano, że w Zabrzu powinno działać muzeum archeologiczne. Z dwóch podstawowych powodów: wykształcenia kierownika oraz przejęcia kolekcji archeologicznej z Raciborza i pozyskania drugiej, podarowanej przez Kazimierza Żurowskiego. Szczęście szefa – archeologa, który co oczywiste zabiegał o profil muzeum, zgodny ze swoim zawodowym zainteresowaniem trwało tylko 2 miesiące. W listopadzie 1945 r. ustalono, że przy placu Krakowskim będzie jednak funkcjonować muzeum skupiające się na przemyśle i technice. Kazimierz Żurowski wyjechał z Zabrza w 1948 r., oddelegowany do pracy m.in. przy wykopaliskach w Gnieźnie, a od 1950 r. wskrzeszoną przez niego placówkę czekały kolejne, formalne zmiany.  Jak większość podobnych w Polsce stała się państwowa, więc z nazwy wykreślono słowo „miejskie”.  2 lata później straciła swoją autonomię, wcielona do Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu. A to znaczyło również utratę części zbiorów, niepasujących do profilu przemysł i technika. I tak do Pszczyny przekazano kolekcję broni, do Bytomia eksponaty archeologiczne oraz wypchanego niedźwiedzia, do Gliwic skamieliny i kości plejstoceńskich zwierząt, a do Chorzowa numizmaty. Najdalej, bo do Warszawy, do Muzeum Techniki odjechały dwa zabytkowe motocykle.

Fakt, że zabrzańskie muzeum, będące oddziałem bytomskiego pozbyło się części swoich zbiorów nie wróżył mu dobrze na przyszłości. I ta przepowiednia się sprawdziła. Przez najbliższe kilka lat było powszechnie krytykowane za brak inicjatywy w działaniu, a równocześnie jego słabości upatrywano w traktowaniu go po macoszemu przez muzeum – matkę, czyli Górnośląskie w Bytomiu. Sytuacją poprawiła się, gdy pod koniec lat 50. XX wieku znów stało się Miejskim.

- Nasza praca, dokumentująca przeszłość nie ma końca. Ludzie z całego świata dopisują do niej kolejne rozdziały. Tak jest m.in. ze wspomnianym Słownikiem Żydów w Zabrzu. Ostatnio, skuszeni informacjami o swoich przodkach przyjechali tu dwaj młodzi bracia. Jeden z Chile, drugi ze Szwajcarii. Dzięki nim miałem nowe informacje, a oni kolejne fakty o swojej rodzinie – dodaje Piotr Hnatyszyn.

 


Wstecz

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz



Current month ye@r day *

Protected with IP Blacklist CloudIP Blacklist Cloud