Nowiny Zabrzańskie

Pierwszy socjalistyczny święty

Udostępnij swoim znajomym:


W tym roku, dokładnie 21 kwietnia, minęło 65 lat od pogrzebu Wincentego Pstrowskiego – górnika, pierwszego przodownika pracy socjalistycznej, ikony czasów wczesnego PRL-u. Kiedyś bohater, używając współczesnego języka – celebryta, dziś postrzegany bardziej jako ofiara systemu i postać tragiczna. Choć pewnie większości młodych ludzi, mieszkających w Zabrzu, kojarzy się jedynie z pomnikiem, obok którego się umawiają, starszym przypomina bolesne czasy wczesnego PRL-u, kiedy nie liczył się człowiek, a jedynie to, ile może wypracować.

Reklama

– Moim zdaniem został pierwszym socjalistycznym świętym. Był ikoną ruchu przodowników pracy socjalistycznej i jednocześnie jego pierwszą ofiarą. Stał się pierwszym przodownikiem w pracy, ale zaledwie rok później już nie żył. Los przodownika skupił się w jego osobie jak w soczewce. Ruch ten się rozwijał, aby w latach 50., po wydarzeniach czerwca i zmianie władz, umrzeć śmiercią naturalną. Próbowano do niego wrócić w latach 70., na co dowodem jest pomnik Pstrowskiego w Zabrzu. Miało to być szersze zamierzenie. Przy okazji odsłonięcia pomnika, na ekrany kin miał wejść film o Pstrowskim „Kto wyrąbie więcej niż ja”. Pełnometrażowy, godzinny film, został nakręcony w trzy miesiące. Po pierwszej projekcji w gmachu Komitetu Centralnego pierwszy sekretarz, Edward Gierek, wyszedł wściekły. Podobno było słychać go na korytarzu, krzyczał, używając słów mało cenzuralnych, dlaczego o kimś takim jak Pstrowski nakręcono film. Trafił na półkę. Wyświetlaliśmy go w ramach Szybowskazu w Muzeum Górnictwa Węglowego. W 2008 roku został nakręcony kolejny film o tym, jak powstawał tamten zakazany obraz o Pstrowskim – opowiada Adam Frużyński, kierownik Działu Historii i Techniki Górnictwa Muzeum Górnictwa Węglowego.

„Kariera” Wincentego Pstrowskiego rozpoczęła się od słynnego apelu do wszystkich górników polskich, który opublikował 27 lipca 1947 roku. Pisał w nim: „Ja, Wincenty Pstrowski, przyjechałem do Polski w maju ubiegłego roku z Belgii, gdzie pracowałem jako górnik w Mons. Wróciłem do ojczyzny po 10 – letniej tułaczce za kawałkiem chleba u obcych. Wróciłem do niej, aby przyczynić się do jej odbudowy po tak strasznych zniszczeniach wojennych. Wiem, że ta Polska jest nową Polską, sprawiedliwą dla robotnika i chłopa, że jest ona Polską, której gospodarzem jest naród. Od maja ubiegłego roku pracuję jako rębacz na kopalni „Jadwiga” w Zabrzu. W lutym br. wykonałem normę 240%, wyrąbując 72,5 m chodnika. W kwietniu wykonałem normę 293%, wyrąbując 85 m chodnika. W maju dałem 270%, wyrąbując 78 m chodnika. Pracuję w chodniku o 2 – metrowej wysokości i 2,3 metra szerokości. Wzywam do współzawodnictwa towarzyszy rębaczy innych kopalń. Kto wyrąbie więcej ode mnie”.

– Pstrowski prawdopodobnie tego tekstu sam nie napisał. Podobno był analfabetą i uczył się pisać po przyjeździe do Polski. Tekst został wygładzony, ocenzurowany i dopracowany przez propagandystów, dziś powiedzielibyśmy pr – owców. Był to początek ruchu przodowników pracy w naszym kraju, który na nasz grunt został przeniesiony ze Związku Radzieckiego. Zaczął się w czasach pierwszej 5 – latki w latach 1928 – 1932. Jeden z działaczy wpadł na pomysł, że plan ten można wykonać w cztery lata i trzy miesiące. Ruch ten propagowano bezwzględnie wszędzie. Dzieci w przedszkolach uczyły się takiego wiersza: „Pięć w cztery/Pięć w cztery/Pięć w cztery/A nie w pięć”. Próbowano wprowadzić go nawet w gułagach („Dla lepszych robotników lepsze jedzenie”, „Tu jest gorsze jedzenie dla leniów, bumelantów i obiboków”). Radzieckim wzorem był Aleksy Stachanov, który w 1935 roku wydobył 102 tony węgla, co stanowiło 1485 procent normy. Wszyscy wiedzieli, że to wynik niemożliwy do osiągnięcia, a sam Stachanov popadł w chorobę alkoholową – mówi A. Frużyński.

Aby zrozumieć, dlaczego Pstrowski idealnie wpisywał się w obraz pierwszego przodownika pracy, musimy przybliżyć nieco obraz powojennej Polski i nakreślić sytuację, w jakiej znalazły się kopalnie. W Polsce ruch przodownictwa pracy zainicjowała tuż po wyzwoleniu młodzież. W 1946 roku, w ramach kampanii „Trzy razy TAK”, wprowadzono tę inicjatywę do czterech województw. Uczestniczyło w niej 40 tysięcy górników, którzy stworzyli ruch współzawodnictwa między kopalniami. W 1945 roku Rosjanie wywieźli dużą część zabrzańskich górników do gułagów, po wyzwoleniu odeszli jeńcy wojenni, a w kopalniach zostali kobiety i emeryci. Przyjmowano do pracy niedoświadczonych repatriantów ze wschodu i innych części Polski, ale nie istniały szkoły zawodowe. Nauka odbywała się w kopalni (górnikiem zostawało się po 5 latach), a władzom bardzo zależało na jak największej ilości pracowników, gdyż węgiel był jedynym towarem eksportowym. Ponadto, według umowy ze Związkiem Radzieckim z 1945 roku, musieliśmy dostarczać tam węgiel po cenie będącej 1/10 ceny światowej. Górnicy pracowali zatem również w niedziele i święta. Pstrowski jako doświadczony górnik radził sobie znacznie lepiej, wykorzystywał zdobyte doświadczenie, dzięki czemu był wydajniejszy od swoich kolegów. Jego życiorys bardzo pasował do nowej rzeczywistości po 1945 roku. Pstrowski urodził się 28 maja 1904 roku. Pochodził z biednej rodziny chłopskiej. Kiedy miał 4 lata, umarł jego ojciec. W wieku 8 lat podjął pracę u wiejskiego gospodarza. W 1928 roku przeniósł się do miasta, do Sosnowca. Z Zagłębia pochodziła znaczna część ówczesnej „elity” rządzącej w Polsce. Przyszedł kryzys gospodarczy, Pstrowski został zwolniony z pracy. W 1937 roku śladem wielu Polaków wyjechał do Belgii, w okolice Mons. Przystąpił tam do Komunistycznej Partii Belgii, przeżył okres niemieckiej okupacji, aby w maju 1946 roku, odpowiadając na wezwanie władz, wrócić do Polski odbudowywać ojczyznę. Kiedy przyjechał do Zabrza, miał 43 lata. Znalazł pracę kopalni „Jadwiga”, gdzie, jak wszędzie, brakowało wykwalifikowanych pracowników. – Wstąpił do PPR, był aktywnym działaczem, brał udział w akcji propagandowej przed sfałszowanymi wyborami do Sejmu. Był w komisji wyborczej, trudno więc powiedzieć, czy tylko nadzorował, czy brał czynny udział w tym fałszerstwie. Zaczął przekraczać normy wydobycia w kopalni. Osobiście uważam, ze wykorzystywał doświadczenie z Belgii, ale też nie oszczędzał swojego zdrowia. Ówczesna metoda wydobycia węgla polegała na tym, że wywiercało się otwór i wkładało w niego ładunek wybuchowy. Należało odczekać odpowiednią ilość czasu, aż wentylatory wywietrzą niebezpieczne gazy i pyły. Pstrowski zaczynał zawsze pracę wcześniej – tłumaczy Adam Frużyński.

Po opublikowaniu apelu, stał się wzorem dla innych. Jego działalność zaczęto propagować w prasie i radiu. W lipcu ’47 roku prezydent Bierut odznaczył go Brązowym Krzyżem Zasługi, potem Złotym, a w Barbórkę Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Zaczął mniej pracować na dole, stał się celebrytą, jeździł po kopalniach, zgromadzeniach, konferencjach, organizował szkolenia. Dostał też zaproszenie do Związku Radzieckiego, gdzie w Moskwie spotkał się z górnikami radzieckimi. Jako pierwszy na apel Pstrowskiego odpowiedział górnik Alfons Thiel, który przekroczył normę o 310 procent, później byli następni. W grudniu 1947 roku ruch przodowników pracy obejmował około 5 procent górników. – Akcja ta oczywiście nie mogła się toczyć samodzielnie, wprowadzono system premiowy, mieszkania, dodatkowe urlopy. Za przekroczenie normy o 30 procent, premia wynosiła 150 procent pensji. Oczywiście, to nie spotykało się z zadowoleniem pracowników innych działów, w związku z czym stworzono zasady przodownictwa pracy, co de facto dotyczyło lepszej organizacji. Cały ruch został sformalizowany – dodaje kierownik Frużyński.

W 1948 roku Pstrowski miał zaledwie 44 lata, poważnie zachorował. Udał się na leczenie do Karkowa. Zmarł 18 kwietnia 1948 roku po kilkudniowej chorobie. Według oficjalnych informacji, powodem śmierci była białaczka szpikowa. Wcześniej apelowano o oddawanie krwi dla Wincentego Pstrowskiego. – Nie wiem, czy istnieje dokumentacja szpitalna z tego okresu. Pstrowski pozostawał pod kontrolą Urzędu Bezpieczeństwa, więc najprawdopodobniej dokumenty też. Inna hipoteza głosi, że zmarł z powodu infekcji. Nasz nieżyjący już pracownik, inżynier Breckere, znał go osobiście. Pstrowskiemu wyrwano kilka zębów, nie odczekał paru dni na chorobowym. Miał niezagojone rany i wdało się zakażenie – mówi pracownik MGW.

Pogrzeb Pstrowskiego odbył się 21 kwietnia 1948 roku w Zabrzu. Było to najprawdopodobniej największe zgromadzenie publiczne w dziejach naszego miasta. Według oficjalnych danych, wzięło w nim udział 100 tysięcy osób. Pogrzeb miał charakter państwowo-partyjny. Trumna ze zwłokami Pstrowskiego była wystawiona w dzisiejszym Teatrze Nowym. Tam też odbywały się oficjalne uroczystości pogrzebowe, a kondukt przeszedł na cmentarz św. Anny. Jego grób jest tam do dziś, opiekuje się nim Kopalnia Siltech. Prawie ćwierć wieku później, w tym samym grobie, została pochowana jego małżonka. Zlikwidowano kilka grobów niemieckich, aby można było pochować na ich miejscu Pstrowskiego. Mimo wielkiej propagandy, krążył króciutki wierszyk: „Chcesz się udać na Stempowski/pracuj tak jak górnik Pstrowski”.

Po śmierci, rozpoczął się jego oficjalny kult. W tym samym roku zmieniono nazwę kopalni „Jadwiga” na „Pstrowski”, pośmiertnie odznaczono go orderem Budowniczy Polski Ludowej, w całym kraju jego imieniem nazywano szkoły, ulice, place, osiedla mieszkaniowe, a nawet Politechnikę Śląską (zmieniono to oficjalnie dopiero w 2006 roku). Na jego cześć nazwano też rudowęglowiec, zwodowany w 1950 roku.

Próbowano wrócić do kultu Pstrowskiego w latach 70., miał być przykładem dla młodzieży. Jednak Edward Gierek, pierwszy sekretarz, nie lubił Pstrowskiego. – Istnieje hipoteza, że się znali. Zagłębie górnicze Mons w Belgii nie jest duże. W Polsce spotkali się podobno raz. Ponoć Pstrowski miał powiedzieć, że ten pan nigdy nie był górnikiem. Gierek był działaczem związków zawodowych i być może nie pracował na dole. Jest też jeszcze jedna hipoteza, niesprawdzona do dziś, że Gierek razem z żoną prowadzili pensjonat. Stąd ponoć docinki, że pierwszy sekretarz był taki sztywny i wyprostowany, bo nosił walizki gości tegoż pensjonatu. Pstrowski miał o tym wiedzieć – opowiada Frużyński.

Jego pomnik w Zabrzu jest mementum tych czasów, kiedy traktowano górników jako siłę roboczą, która musi wykonać normę, nie zważając na zdrowie i siły. Imperatyw był najważniejszy, a życie ludzkie, zaniedbanie rodziny, niszczenie środowiska, szkody górnicze nie miały znaczenia. Czy Pstrowski miał świadomość, że był wykorzystywany? – Trudno powiedzieć, musielibyśmy porozmawiać z nim osobiście. Wtedy panowała inna atmosfera, może mu się wydawało, że dobrze działa, wierzył w to, co robi. Choć docierało do niego, że efekty jego pracy nie spotykają się z powszechnym szacunkiem i uznaniem. Jest taka słynna scena w filmie o Pstrowskim, kiedy wchodzi do pijalni, żeby się napić piwa, a wszyscy górnicy krzyczą na niego „wyścigowiec”. Wtedy on kładzie pieniądze na ladę i wychodzi. Trudno powiedzieć, jak potoczyłoby się dalsze życie Pstrowskiego. Pewnie przeszedłby na emeryturę w chwale, może zostałby urzędnikiem górniczym albo dyrektorem kopalni. Zmarł jednak jako zwykły, szeregowy górnik. Choć był ikoną, niewiele mu to pomogło. Mówi się, że rewolucja pożera własne dzieci. I w wypadku Wincentego Pstrowskiego ta teza się potwierdza – podsumowuje Frużyński.

Reklama

Udostępnij swoim znajomym:
Reklama